Istnieje wiele czynników, które wpływają na tworzenie się miasta. Te czynniki nazywane są popularnie "miastotwórczymi". Głównymi z nich na pewno będą szlaki handlowe, którymi podróżowali kupcy ze swoimi oryginalnymi czy też orientalnymi towarami ( Wenecja, Poznań, Ułan Bator ) następnie bliskość do morza czy też jeziora ( Gdańsk, Nowy Jork, Gniezno, Detroit ), które dawały niespożyte zapasy wody pitnej oraz zapewniały mieszkańcom higienę. W końcu dostęp do soli, węgla oraz rud i minerałów ( Wieliczka, Katowice, Bochnia, Tarnowskie Góry ). Można też będzie wymienić między innymi takie miasta jak Kair, Jerozolima, Kołobrzeg czy Lublin, które mają możliwość kontynuować procesy rozwojowe uwarunkowane biegiem historii.
No właśnie...a gdzie są Siedlce? Dla kogoś kto nigdy nie spróbował pogrzebać w historii szukając wiedzy o naszym mieście zapewne powie krótko: "taka pipidówa na trasie między Warszawą a Terespolem z zabudową pamiętającą wczesnego Gomułkę i późnego Gierka". No i wiele się nie pomyli patrząc na obecną urbanizację miasta. Budynki ustawione od linijki socjalistycznego inżyniera z czasów PRL, kreślone na zaplamionej od kawy desce kreślarskiej.
Budynki urodą przypominające osiedla Moskwy i innych miast byłego ZSRR oraz reszty bloku socjalistycznego. Wieżowce budowane bardzo wolno i niedbale w 100% wykonane z wielkiej, zimnej płyty. Niestety na to już wpływu nie mamy. Ważne, że nasze miasto przechodzi obecnie olbrzymią metamorfozę z korzyścią dla jej mieszkańców oraz studentów, którzy licznie przyjeżdżają studiować na naszym Uniwerku. Pamiętać jednak należy o tym, że Siedlce mające pierwsze wzmianki o sobie w roku 1448 były przez długi czas jednym z ważniejszych ośrodków życia towarzyskiego i kulturalnego Polski. Były miastem do którego na spektakle teatralne tłumnie przyjeżdżały elity z całego kraju. O wysoką pozycję naszego miasta zadbała między innymi księżna Aleksandra Ogińska z rodu Czartoryskich. Jej działania nie zostały na szczęście zapomniane i mając dawną świetność miasta w pamięci staramy się dzisiaj dać mu godne miejsce na mapie kultury i nauki naszego kraju.
I tym optymistycznym akcentem przejdźmy z powrotem do lat 80-tych, kiedy nasza kultura szeroko pojęta brała swój początek w kinie "Sojusz" przy ul. Pułaskiego a swój koniec odnajdowała na jakiejś sztuce w warszawskim teatrze do którego raz na rok jeździliśmy z klasą.
Wielką lukę "brakokulturową" wypełnialiśmy na co dzień muzyką puszczaną z płyt winylowych, odtwarzaną na kaseciakach licencji "Grundiga" albo po prostu słuchaną z radia. Na topie mieliśmy takie gwiazdy narodowe jak Top One, Papa Dance, Lady Pank, Lombard i wielu innych, którzy oprócz tego, że brzmieli w naszych uszach na co dzień to jeszcze zajmowali zaszczytne miejsca zawisając w formie plakatu na ściennych "słomiankach".
My mieliśmy coś jeszcze. My mieliśmy osiedle 1000-lecia, które składało się z 3 etapów z czego 2 już zostały przez nas zdobyte. Otóż to...2 zdobyte więc został ostatni etap do podboju. Jak można się domyśleć etap numer 3 był najdalej wysuniętym osiedlem na północ od naszego. Był oddalony o około 1 kilometra od Kolumny Toskańskiej. Wtedy to była odległość kosmiczna! Ale nie odległość była w tej wyprawie nie do pokonania. Na naszej drodze do szczęścia stanęła a właściwie płynęła dzika rzeczka, która nie bez przyczyny nazywana była "śmierdzącym rowem". Ten dziki ściek płynął właśnie w okolicy 3 etapu zbierając w swoje wody odpady płynne z piekarni, firmy drobiowej, kolorowe farby z zakłady odzieżowego itp. Bywało czasami, że w ciągu tygodnia nasza "Sekwana" płynęła innym kolorem w zależności od tego na jakie barwy farbowane były koszulki z zakładu odzieżowego "Caro". Masakra! Chciał nie chciał trzeba było ruszać i jakoś poradzić sobie z fetorem. Nasza wyprawa jak zawsze miała swój początek w okolicach karuzeli gdzie jak zwykle zebrała się grupka licząca sobie około 12 osób. Tym razem dołączyli do nas nowi kumple z zaprzyjaźnionego już 2 etapu i to właśnie dzięki nim poczuliśmy się super pewni, że nic nam nie grozi podczas dalekiej wyprawy. Przecież była w nas siła i moc!
Wolnym marszem dodreptaliśmy do miasteczka rowerowego, którym jak zawsze je widząc pozwoliliśmy sobie się nim pozachwycać. Chwila minęła zanim zapoznaliśmy się z nowymi liniami namalowanymi na ścieżkach rozdzielających pasy drogowe oraz kolorowymi znakami drogowymi, które dumnie prężyły się w pionie stojąc na jednej nodze. Cieszyliśmy się, że ktoś dba o nasze miasteczko aby wyglądało "apetycznie" na tle szarych bloków rozrzuconych ciasno wokół niego. Gdy już nakarmiliśmy nasze zmysły nowym wyglądem miasteczka poszliśmy w stronę kortów tenisowych. Na miejscu stwierdziliśmy, że ich sportowa uroda nie wymaga żadnych poprawek i machając wesoło do graczy na korcie ruszyliśmy dalej kierując się na naszą bazę "CHEMIA". Korzystając z okazji zrobiliśmy na miejscu kilka wyliczanek losując wśród nas "kryjących" pobawiliśmy się w chowanego na wspaniałym niedawno odkrytym przez nas terenie. Trochę znudzeni oklepaną już jakby nie było zabawą, wolnym krokiem pospacerowaliśmy w stronę "śmierdzącego rowu". Byliśmy jeszcze dość daleko od kanału gdy w nosach poczuliśmy słodko-mdlący zapach siedleckiej "Sekwany". Zakrywając nosy koszulkami i zasłaniając usta dłońmi dotarliśmy do przeprawy przez kanał. Za most dla pieszych służyły ułożone nad wodą betonowe płyty drogowe zwane "monowskimi". Po szybkim przejściu przez "śmierdziucha" pobiegliśmy w stronę jeszcze nam obcego osiedla. Nie było tak źle jakby nam się wcześniej wydawało z tym przejściem przez śmierdzirzeczkę. Teraz pozostało nam już tylko zwiedzanie nowego terenu.
Naszym oczom ukazały się w pierwszej kolejności nowoczesne wieżowce, które niby na pierwszy rzut oka takie same jak nasze ale jednak trochę inne. Na pewno różniły się od naszych "drapaczy" balkonami, które były długie i sąsiadowały z kolejnymi rozdzielone tylko ścianą Na nasze balkony strach było wychodzić bo nie dość że były małe to zamiast ścian miały metalowe pręty przez które zawsze wypadały na dół zabawki. Horror! Idąc wzdłuż nowych bloków podziwialiśmy olbrzymią przestrzeń, której u nas niestety nie mieliśmy pod dostatkiem. Tak na prawdę to byliśmy ściśnięci na małym podwórku na którym była jedna karuzela, 2 huśtawki, piaskownica i wspaniały sadek w którym odbywała się większość naszych zabaw. Teraz po latach już wiem skąd brały się te nasze eskapady na sąsiadujące tereny. Z jednej strony chcieliśmy większej przestrzeni zaś z drugiej byliśmy żywym złotem, które ciężko było utrzymać na miejscu. Dzięki naszej ciekawości świata oraz chęci zdobywania nowych doświadczeń nie nudziliśmy się na co dzień i zawsze mieliśmy coś innego do zrobienia. Dzisiaj podejrzewam nikt nie zmusił by młodzieży do takich "wysiłków" w celu poznania nieznanego. Ja nie podejrzewam...jestem o tym przekonany...
No właśnie...a gdzie są Siedlce? Dla kogoś kto nigdy nie spróbował pogrzebać w historii szukając wiedzy o naszym mieście zapewne powie krótko: "taka pipidówa na trasie między Warszawą a Terespolem z zabudową pamiętającą wczesnego Gomułkę i późnego Gierka". No i wiele się nie pomyli patrząc na obecną urbanizację miasta. Budynki ustawione od linijki socjalistycznego inżyniera z czasów PRL, kreślone na zaplamionej od kawy desce kreślarskiej.
Budynki urodą przypominające osiedla Moskwy i innych miast byłego ZSRR oraz reszty bloku socjalistycznego. Wieżowce budowane bardzo wolno i niedbale w 100% wykonane z wielkiej, zimnej płyty. Niestety na to już wpływu nie mamy. Ważne, że nasze miasto przechodzi obecnie olbrzymią metamorfozę z korzyścią dla jej mieszkańców oraz studentów, którzy licznie przyjeżdżają studiować na naszym Uniwerku. Pamiętać jednak należy o tym, że Siedlce mające pierwsze wzmianki o sobie w roku 1448 były przez długi czas jednym z ważniejszych ośrodków życia towarzyskiego i kulturalnego Polski. Były miastem do którego na spektakle teatralne tłumnie przyjeżdżały elity z całego kraju. O wysoką pozycję naszego miasta zadbała między innymi księżna Aleksandra Ogińska z rodu Czartoryskich. Jej działania nie zostały na szczęście zapomniane i mając dawną świetność miasta w pamięci staramy się dzisiaj dać mu godne miejsce na mapie kultury i nauki naszego kraju.
I tym optymistycznym akcentem przejdźmy z powrotem do lat 80-tych, kiedy nasza kultura szeroko pojęta brała swój początek w kinie "Sojusz" przy ul. Pułaskiego a swój koniec odnajdowała na jakiejś sztuce w warszawskim teatrze do którego raz na rok jeździliśmy z klasą.
Wielką lukę "brakokulturową" wypełnialiśmy na co dzień muzyką puszczaną z płyt winylowych, odtwarzaną na kaseciakach licencji "Grundiga" albo po prostu słuchaną z radia. Na topie mieliśmy takie gwiazdy narodowe jak Top One, Papa Dance, Lady Pank, Lombard i wielu innych, którzy oprócz tego, że brzmieli w naszych uszach na co dzień to jeszcze zajmowali zaszczytne miejsca zawisając w formie plakatu na ściennych "słomiankach".
My mieliśmy coś jeszcze. My mieliśmy osiedle 1000-lecia, które składało się z 3 etapów z czego 2 już zostały przez nas zdobyte. Otóż to...2 zdobyte więc został ostatni etap do podboju. Jak można się domyśleć etap numer 3 był najdalej wysuniętym osiedlem na północ od naszego. Był oddalony o około 1 kilometra od Kolumny Toskańskiej. Wtedy to była odległość kosmiczna! Ale nie odległość była w tej wyprawie nie do pokonania. Na naszej drodze do szczęścia stanęła a właściwie płynęła dzika rzeczka, która nie bez przyczyny nazywana była "śmierdzącym rowem". Ten dziki ściek płynął właśnie w okolicy 3 etapu zbierając w swoje wody odpady płynne z piekarni, firmy drobiowej, kolorowe farby z zakłady odzieżowego itp. Bywało czasami, że w ciągu tygodnia nasza "Sekwana" płynęła innym kolorem w zależności od tego na jakie barwy farbowane były koszulki z zakładu odzieżowego "Caro". Masakra! Chciał nie chciał trzeba było ruszać i jakoś poradzić sobie z fetorem. Nasza wyprawa jak zawsze miała swój początek w okolicach karuzeli gdzie jak zwykle zebrała się grupka licząca sobie około 12 osób. Tym razem dołączyli do nas nowi kumple z zaprzyjaźnionego już 2 etapu i to właśnie dzięki nim poczuliśmy się super pewni, że nic nam nie grozi podczas dalekiej wyprawy. Przecież była w nas siła i moc!
Wolnym marszem dodreptaliśmy do miasteczka rowerowego, którym jak zawsze je widząc pozwoliliśmy sobie się nim pozachwycać. Chwila minęła zanim zapoznaliśmy się z nowymi liniami namalowanymi na ścieżkach rozdzielających pasy drogowe oraz kolorowymi znakami drogowymi, które dumnie prężyły się w pionie stojąc na jednej nodze. Cieszyliśmy się, że ktoś dba o nasze miasteczko aby wyglądało "apetycznie" na tle szarych bloków rozrzuconych ciasno wokół niego. Gdy już nakarmiliśmy nasze zmysły nowym wyglądem miasteczka poszliśmy w stronę kortów tenisowych. Na miejscu stwierdziliśmy, że ich sportowa uroda nie wymaga żadnych poprawek i machając wesoło do graczy na korcie ruszyliśmy dalej kierując się na naszą bazę "CHEMIA". Korzystając z okazji zrobiliśmy na miejscu kilka wyliczanek losując wśród nas "kryjących" pobawiliśmy się w chowanego na wspaniałym niedawno odkrytym przez nas terenie. Trochę znudzeni oklepaną już jakby nie było zabawą, wolnym krokiem pospacerowaliśmy w stronę "śmierdzącego rowu". Byliśmy jeszcze dość daleko od kanału gdy w nosach poczuliśmy słodko-mdlący zapach siedleckiej "Sekwany". Zakrywając nosy koszulkami i zasłaniając usta dłońmi dotarliśmy do przeprawy przez kanał. Za most dla pieszych służyły ułożone nad wodą betonowe płyty drogowe zwane "monowskimi". Po szybkim przejściu przez "śmierdziucha" pobiegliśmy w stronę jeszcze nam obcego osiedla. Nie było tak źle jakby nam się wcześniej wydawało z tym przejściem przez śmierdzirzeczkę. Teraz pozostało nam już tylko zwiedzanie nowego terenu.
Naszym oczom ukazały się w pierwszej kolejności nowoczesne wieżowce, które niby na pierwszy rzut oka takie same jak nasze ale jednak trochę inne. Na pewno różniły się od naszych "drapaczy" balkonami, które były długie i sąsiadowały z kolejnymi rozdzielone tylko ścianą Na nasze balkony strach było wychodzić bo nie dość że były małe to zamiast ścian miały metalowe pręty przez które zawsze wypadały na dół zabawki. Horror! Idąc wzdłuż nowych bloków podziwialiśmy olbrzymią przestrzeń, której u nas niestety nie mieliśmy pod dostatkiem. Tak na prawdę to byliśmy ściśnięci na małym podwórku na którym była jedna karuzela, 2 huśtawki, piaskownica i wspaniały sadek w którym odbywała się większość naszych zabaw. Teraz po latach już wiem skąd brały się te nasze eskapady na sąsiadujące tereny. Z jednej strony chcieliśmy większej przestrzeni zaś z drugiej byliśmy żywym złotem, które ciężko było utrzymać na miejscu. Dzięki naszej ciekawości świata oraz chęci zdobywania nowych doświadczeń nie nudziliśmy się na co dzień i zawsze mieliśmy coś innego do zrobienia. Dzisiaj podejrzewam nikt nie zmusił by młodzieży do takich "wysiłków" w celu poznania nieznanego. Ja nie podejrzewam...jestem o tym przekonany...
C.D.N.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz