Moja lista blogów

piątek, 9 marca 2018

Płonie ognisko i szumią... czyli ucieczka z sadku (Film, cz.7)

Czas płynął nieubłaganie. Płynął też na naszą niekorzyść i jak się później okaże nie był naszym sprzymierzeńcem beztroskiego życia. Pchał nas z dużą niepohamowaną siłą w dorosłe życie o czym mieliśmy się dowiedzieć już niedługo.  Ale my wtedy nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy z tego, że ta świetna harmonia, błogi czas laby i braku odpowiedzialności zmierza ku końcowi. No bo niby skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Byliśmy tylko trochę starszymi dziećmi, które żyły chwilą tu i teraz a nie daleką przyszłością. To zadanie należało do naszych rodziców, którzy nazywani przez nas samych "starzy" często nam o tym przypominali. Właściwie to ciągle nam o tym mówili przy każdej okazji. Szczególnie późnym wieczorem w niedzielę kiedy zaganiali nas do odrabiania lekcji na przyszły tydzień, do nadrabiania zaległości z matmy albo do nauki wiersza na pamięć i tak w kółko. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja. Mimo tego, że kulałem z matmy to los był dla mnie łaskawy. Łaskawy był zesłaniem mi mojej "korepetytorki" z matematyki do sąsiedniej klatki. To jednak nie koniec mojego szczęścia. Poza tym, że mieszkała w sąsiedniej klatce to jeszcze uczyła się ze mną w jednej klasie! Bardzo się cieszyłem, że Renata która była najzdolniejszą dziewczyną w klasie a może i szkole była właśnie moją sąsiadką.
Oprócz tego, że była bardzo zdolna i świetnie radziła sobie z trudną dla mnie matematyką była na dodatek bardzo cierpliwa, miła i ładna. Nie można mieć więcej szczęścia. Zawsze znajdowała dla mnie czas i nigdy nie odmówiła pomocy. Gdy byłem chory przynosiła mi lekcje do przepisania. Była zawsze dobrą koleżanką. Nigdy nie miałem okazji jej podziękować za to, że dzięki swojej do mnie cierpliwości przyczyniła się do tego, że udało mi się przez skomplikowany matematyczny labirynt podstawówki przebrnąć i znaleźć z niego wyjście. "DZIĘKUJĘ!" Tydzień oczekiwania na wspólne wyjście na korty a potem na ognisko wlókł się strasznie długo. Pewnie dlatego, że wszyscy o tym cały czas myśleli i bez przerwy rozmawiali na przerwach miedzy lekcjami. Ale w końcu nadszedł koniec tygodnia i w piątkowe popołudnie wreszcie spotkaliśmy się na karuzeli osiedlowej żeby obgadać szczegóły. Kręcąc się gadaliśmy o jutrzejszym wypadzie na teren "samochodówki". Miejsce bardzo fajne bo dalekie od ulicy i naszego osiedla. Podczas ostatniej wizyty na terenie szkoły nie zauważyliśmy nikogo kto mógłby nam przeszkadzać w realizacji naszych planów. Pozostało nam tylko zabrać ze sobą dobre nastroje, rakiety tenisowe z piłeczkami i jakąś kiełbasę na ognisko. Umówiliśmy się na następny dzień około 18:00 na tenisa a potem w planach mieliśmy pieczenie kiełbasy. Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia od południa jeździliśmy na rowerach po miasteczku rowerowym, gdzie spotkaliśmy kilku nowo poznanych kumpli z 2 etapu. Zaprosiliśmy ich na ognisko przypominając żeby zabrali ze sobą koniecznie swoich znajomych oraz kiełbasę do pieczenia. Gdy znudziliśmy się już jazdą po wesołym miasteczku pojechaliśmy pod budynek "Chemii". Tam po kilku "bombach do piwnicy" pojechaliśmy do swoich domów na obiad. Musiałem jakoś zwędzić z lodówki kiełbasę w taki sposób żeby nikt nie zauważył. Nie chodziło wcale o to, że nie dostałbym tej kiełbasy do zjedzenia. Tylko zaczęły by się trudne pytania: "gdzie ją biorę?", "dlaczego nie jem w domu?" i w końcu w wyniku śledztwa wyszłoby na jaw, że będziemy palić ognisko no i szlaban! W kuchni było tłoczno jak to podczas obiadu. Jedząc drugie danie zerknąłem kątem oka na zegar wskazujący 16:30. "Mam duży zapas czasowy" - pomyślałem. Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju gdzie udając, że czytam "Sposób na Alcybiadesa" Niziurskiego kombinowałem jak znaleźć się sam na sam z lodówką. Niecierpliwie spoglądałem na zegarek na którym zbliżała się godzina 17:30. Robiło się późno a w kuchni jak nigdy o tej porze mama z babcią zaczęły przygotowywać jakieś ciasto na niedzielę. "A to pech! Co robić?" - myśli szybko krążyły w mojej głowie. W końcu wpadłem na genialny pomysł jak przewietrzyć kuchnię z jej lokatorów. Wyszedłem na klatkę schodową, gdzie ściągnąłem windę na swoje piętro. Wykręciłem żarówkę żeby nie było widać, że jest pusta i włączyłem przycisk 5 piętra. Podczas jak winda zjeżdżała w dół ja specjalnym drutem w otworze "technicznym" drzwi windy przesunąłem skobel w prawo tak żeby winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Upewniłem się, że winda stoi poniżej mojego piętra i pobiegłem do domu z wrzaskiem: - "Ktoś się zablokował w windzie i woła pomocy!" - zawołałem w domu. Babcia z mamą wybiegły na klatkę a ja wpadłem do kuchni i po otwarciu lodówki wziąłem dwa długie pętka kiełbasy. Szybko schowałem je do mojej "listonoszki" po czym wybiegłem na klatkę i odblokowałem windę wyjmując drut z drzwi. Gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół ja powoli schodziłem schodami na parter. Mijałem się z mamą i babcią na 9 piętrze. Mówiły coś do siebie, że ktoś zrobił głupi dowcip z windą a ja uśmiechając się pod nosem i dumny ze swojego mistrzowskiego planu krótko jakby od niechcenia szepnąłem: - "Idę na dwór". Powiedziałem to tak cicho, że chyba tylko ja sam to słyszałem. Nie chciałem zostać zawrócony z powrotem do domu do pomocy przy produkcji ciasta. Na dole czekali już prawie wszyscy z osiedla. Jeden z kolegów powiedział, że poczekamy jeszcze tutaj na 2 etap, który zobowiązał się przynieść dodatkowe rakiety do tenisa bo my mieliśmy tylko dwie od Moniki. Za kilka minut zjawiło się niemałe stadko tenisistów z drugiego etapu.
Byliśmy na etapie oglądanych skrótów sportowych z Dziennika Telewizyjnego gdzie informacje niestety bardzo okrojone przez cenzurę mówiły o nowych gwiazdach tenisa ziemnego. Byli nimi Szwed Björn Borg oraz Amerykanin John McEnroe, którzy oprócz nowego stylu walki na kortach Wimbledonu, wnieśli też nową modę sportową do naszego kraju i nie tylko. Każdy z nas biorąc wzór z mistrzów miał na nadgarstku co najmniej jedną frotkę do ocierania potu z czoła.
Na boisko tenisowe dostaliśmy się tak jak ostatnio - przez dużą dziurę w ogrodzeniu. Nasza grupa liczyła ze 20 osób więc tenisowych emocji nie mogło zabraknąć aż do zmierzchu. Graliśmy najpierw mecze singlowe ale w tym czasie za dużo osób musiało czekać na swoją kolej, więc zaczęliśmy grać deble. Wtedy dopiero zaczęła się zabawa na całego. Zmieniliśmy też ogólnie przyjęte zasady rozgrywek na takie w których szybciej mogliśmy zmieniać się na boisku. Dawało to podwójne korzyści. Z jednej strony nikt nie czekał zbyt długo na swoją kolej a po drugie nie męczyliśmy się bardzo na boisku.Gdy wszyscy już zaznaczyli swoją obecność na korcie zaczęliśmy się zbierać do drogi na drugą stronę terenu szkoły, czyli do "sadku" gdzie mieliśmy rozpalić ognisko. Jako że była nas spora grupa głodnych sportowców żyjącymi jeszcze emocjami z boiska to i humory nam dopisywały i rozmowy bardzo głośne nie miały końca. Po dotarciu na wypatrzone miejsce zaczęło się zmierzchać więc szybko zaczęliśmy zbierać drzewo na ognisko. Jedni z nas przynosili chrust inni bardziej ambitni wielkie konary aż w końcu po ustawieniu pięknego spiczastego stosu odpaliliśmy nasze pierwsze w życiu ognisko. Ogień powoli ze środka stosu przeskakiwał na wyższe piętra aż po kilku minutach zajął całą jego powierzchnię. Rozpoczął się piękny ale zarazem niebezpieczny pokaz nieokiełznanej natury. Nikt nie myślał w tym czasie o kiełbasach schowanych w plecakach i torbach. Zapomnieliśmy o głodzie i pragnieniu. Z uśmiechem na twarzy wystawialiśmy w stronę ognia nasze spocone głowy żeby się osuszyć. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na niesamowity spektakl, który tak nas zauroczył, że nawet nie zauważyliśmy jak ogień z ogniska powoli przeskakuje na suchą trawę obok i powoli ale zdecydowanie zajmuje swoim zasięgiem coraz większą przestrzeń.  Nikt z nas nie zauważył jak zaczął się wspinać na sąsiednie drzewo po jego pniu i kierować się w górę korony. Aż w pewnej chwili sucha korona drzewa zajęła się cała ogniem rozświetlając sadek i jego okolice mocnym przerażającym światłem. Poderwaliśmy się ze strachem na równe nogi. Dookoła nas było widno jak w dzień. Zauważyliśmy biegnącego od strony "samochodówki" w naszym kierunku mężczyznę, który krzycząc coś przeraźliwie wymachiwał groźnie grabiami. Przerażeni ruszyliśmy biegiem w stronę cmentarza komunalnego przedzierając się przez gęstwinę sadu. Za nami między drzewami groźnie błyskał w naszą stronę wysoki na kilka metrów płomień z suchego drzewa jakby chciał się wspiąć ponad inne drzewa i krzyknąć: -"widzę was...nie uciekniecie!". Szybko przedostaliśmy się sobie znanymi skrótami na osiedle "Żytnia" skąd ciężko sapiąc i dysząc rozbiegliśmy się każdy w inną stronę bez pożegnania. Nie pamiętam jak szybko biegłem do bloku ale nie czekając na windę wbiegłem na swoje ostatnie piętro gdzie szybko schowałem się w pokoju. Próbując opanować nerwy i uspokoić oddech usłyszałem przez otwarte okno syreny wozów strażackich jadących do pożaru. Wyjrzałem przez okno z którego dokładnie widziałem jak "sikawki" jadą do naszego ogniska. Po kilku minutach ogień, który rozświetlał sad oraz niebieskie błyski bulajów znikły w ciemnościach a głosy syren ucichły powtarzając jeszcze chwilę echem swój alarm. Tego wieczora nie wychodziłem już z pokoju i w stroju osiedlowym pachnącym dymem z ogniska usnąłem na nieposłanym łóżku. Rano z wielkim niepokojem wszedłem do kuchni gdzie rodzice rozmawiali o wczorajszej akcji gaśniczej. Przysłuchując się uważnie dowiedziałem się, że ogień zaprószyli pewnie osiedlowi menele, którzy często w tym miejscu biwakowali, popijając tanie wina. Poza tym, że spłonęła sucha jabłonka to żadnych strat nie odnotowano " i całe szczęście " - pomyślałem. Rodzice przez cały czas naszego śniadania ciekawie przypatrywali mi się ale nic się nie odzywali. Po śniadaniu poszedłem do łazienki żeby umyć zęby i dopiero wtedy zobaczyłem, że moja twarz cała była brudna od popiołu z ogniska. To było pierwsze i ostatnie ognisko na naszym osiedlu...


C.D.N.

wtorek, 6 marca 2018

Krócej nie zawsze znaczy szybciej...czyli skrótem dookoła (Film, cz.6)

Po zapoznaniu się z nowymi ciekawymi miejscami na naszym wielkim osiedlu nabraliśmy apetytu na kolejne odkrycia i doszliśmy do wspólnego wniosku, że musimy jakoś sobie urozmaicić drogę do szkoły, która po 5 latach mogła się już wszystkim znudzić. Pięć dni w tygodniu ta sama trasa, czyli Marchlewskiego 200 metrów do Cmentarnej. Tam w prawo i kolejne 400 metrów, gdzie po ich przedreptaniu na skrzyżowaniu z 10-go lutego skręcało się w lewo żeby za 200 metrów dotrzeć na miejsce. N U D A !

Tradycyjna droga do szkoły :)
Dzisiaj Hołek powiedziałby "Dotarłeś do celu" ale wtedy nic nie powiedział bo nie było nawigacji, GPS'ów, telefonów komórkowych a nawet o mapę papierową było ciężko. Ale mimo, że nie dysponowaliśmy dzisiejszą techniką to jakoś docieraliśmy wszędzie nie zawsze na czas i nigdy się nie zgubiliśmy chyba, że tego bardzo chcieliśmy. Pomysł z nową ścieżką do "budy" wyglądał klawo i oczywiście znalazł się w naszym napiętym grafiku z terminem realizacji na najbliższą sobotę. Bazą wypadową tym razem miała być karuzela na której 4 miejscach siedzących zawsze mieściliśmy się wszyscy bez względu na ilość w jakiej występowaliśmy. Wypatrując upragnionej soboty w kalendarzu dzielnie dźwigaliśmy swoje plecaki idąc do szkoły ciekawie rozglądając się jak nigdy dotychczas na wszystkie strony w poszukiwaniu ukrytych ścieżek czy też niewidocznych alejek, którymi moglibyśmy podążać w sobotę.
Kartki z kalendarza wiszącego w kuchni szybko zamieniły się w 5 nowych kart mini książki kucharskiej, którą moja babcia skrupulatnie kolekcjonowała. Nie zbierała ich bez celu. Na każdej z tych kartek na jej odwrocie znajdował się inny przepis kulinarny, który babcia tylko sobie znanym cudownym sposobem zamieniała w smaczny obiad albo pyszny deser. Poza cudownymi kuchennymi rewolucjami kalendarz dostawał swoje drugie życie w zupełnie innym zawodzie. Upragniona sobota przywitała nas słonecznym blaskiem i wysokim poziomem adrenaliny, który dzięki niespożytej energii pchnął nas od razu do działania. Pomimo tego, że każdy z nas miał mieć inny plan, kierunek oraz sposób na pokonanie drogi do szkoły to nie wiadomo czemu wszyscy ruszyliśmy bez kłótni w tą samą stronę. Grupa nasza skierowała się po przejściu przez "sadek" na drugą stronę ulicy Marchlewskiego. Jakże by inaczej...najdłuższej w mieście. U nas wszystko było najwyższe, największe i najdłuższe. Ciekawe jaka będzie nowa droga do szkoły? Będąc na drugiej stronie naszej ulicy spojrzeliśmy na siebie bez słowa i zaczęliśmy iść z pewnymi obawami w kierunku gęsto zarośniętego krzakami i drzewami chyba starego sadu. Często w naszej okolicy napotykaliśmy takie miejsca przypominające swoimi drzewami owocowymi stare opuszczone i zaniedbane sady. Pewnie nasze 3 etapy osiedla powstały na ich dawnym terenie. Powoli i ostrożnie weszliśmy w ciemną gęstwinę. Zrobiło się tajemniczo i poczuliśmy się dość niepewnie. Dookoła nas z drzew zwisały aż do ziemi dzikie bluszcze. Gałęzie wysokich leszczyn i jabłonek przeplatały się nad naszymi głowami jak ręce ociemniałych ludzi szukających w ciemności po omacku drogi do słońca. Na naszych twarzach rysował się niepokój przeplatany lękiem gdy nisko bujające się na lekkim wietrze konary głaskały nas po głowach. Wszyscy mieliśmy ciarki na plecach i co chwilę rozglądaliśmy się wokół siebie nie chcąc zostać dotkniętym przez coś tajemniczego. Przygarbieni i ściśnięci do siebie przedzieraliśmy się ze strachem przez rozciągnięte między liśćmi pajęczyny ledwo odnajdując wydeptaną ścieżkę, która miała prowadzić do ogrodzenia ze szkołą średnią. Po długim i wyczerpującym spacerze przez chaszcze strzepując z siebie liście i wycierając twarze z pajęczyn dotarliśmy do siatki ogrodzeniowej. Była dla nas za wysoka aby móc ją przeskoczyć. Drzewa były za daleko żeby skorzystać z nich jak z drabiny. Podjęliśmy próbę znalezienia innej przeprawy. Idąc wzdłuż siatki napotkaliśmy dziurę, przez którą z łatwością lekko się garbiąc przedostaliśmy się na drugą stronę. Po wyjściu z dzikiego sadu przywitało nas radośnie słońce i od razu w drużynie poprawiły się nastroje i zaczęliśmy głośno rozmawiać na temat miejsca w którym się znaleźliśmy.

Dużo dłuższy skrót od tradycyjnej drogi do szkoły :)
Szliśmy dziarsko po betonowej drodze prowadzącej wzdłuż jakichś budynków, w którego otwartych oknach wisiały na sznurkach ubrania powiewając leniwie na wietrze. Doszliśmy do bardzo wysokiej siatki za którą zobaczyliśmy nic innego tylko kolejne korty tenisowe. Na asfaltowym boisku rozpięte były między słupkami siatki a na ich terenie nie było nikogo. Znaleźliśmy dziurę w ogrodzeniu i sprawdziliśmy teren boiska zaklepując go w pamięci jako kolejne miejsce do naszych zabaw. Poszliśmy dalej wzdłuż parterowego budynku i dotarliśmy do dużego placu gdzie stał jeszcze jeden budynek tym razem dwupiętrowy. Na ścianach tych budynków znaleźliśmy tablice, informujące, że są to szkoły zawodowe. Niski budynek należał do Technikum Samochodowego a wyższy po lewej stronie do Liceum Ekonomicznego. Były tam jeszcze boiska do koszykówki, piłki nożnej a zaraz za nimi  kolejny duży sad owocowy. Szykując się do dzisiejszej wyprawy nie spodziewaliśmy się otrzymać takiej dawki szczęścia. Korzystając z okazji, że była sobota i nikogo na terenie szkół nie było pozwiedzaliśmy jeszcze jakiś czas nasz nowy plener i ruszyliśmy wzdłuż "ekonomika" do widocznej z daleka drogi. Wiedzieliśmy, że jest tam jezdnia bo co jakiś czas przejeżdżał tamtędy samochód. Gdy doszliśmy okazało się, że stoimy na ul. Cmentarnej, która prowadzi nigdzie indziej tylko właśnie do naszej szkoły. Bardzo się ucieszyliśmy z nowego dużo dłuższego skrótu ale za to jak bardzo ciekawego. Pamiętając o odkrytych nowych kortach oraz sadzie owocowym na terenie szkół zawodowych umówiliśmy się, że następnym razem zorganizujemy turniej tenisowy a potem rozpalimy ognisko w sadku. Wszyscy oczywiście dali swoją aprobatę pomysłu. Od tamtej pory jako zasłużeni weterani wprawieni w boju oraz niezastąpieni osiedlowi odkrywcy do naszej szkoły chodziliśmy już tylko "na skróty"... nie zawsze krótsze i szybsze :)


C.D.N.

poniedziałek, 5 marca 2018

Na podbój 1000-lecia...czyli kolejne odkrycia...(Film cz.1)

Minęło pewnie kilka dni zanim zdążyliśmy nacieszyć się odkrytym "miasteczkiem rowerowym". Bywaliśmy tam dosłownie kilka razy dziennie z przerwami na posiłki. Bawiliśmy się tam niezmordowanie w "policjantów" i "złodziei" oraz wyścigi rowerowe na wytyczonych trasach.
Widok na miasteczko rowerowe
Ależ to była zabawa! Zasadzki i pościgi na terenie miasteczka gościły od rana do wieczora. Ale nadszedł taki dzień w którym padło pytanie:-" Co jest jeszcze dalej?" Nikt z nas przecież nie wybierał się samotnie w odległe dla nas zakamarki innych osiedli więc ciekawość nasza i tym razem dała górę nad zabawą. Wieczorem gdy zmęczeni po wcześniejszych wyścigach rozłożyliśmy się na chłodnej trawie naszego "sadku" jedząc zebrane z ziemi owoce, zaczęliśmy oczami wyobraźni opisywać kolejne nieodkryte jeszcze atrakcje nowych osiedli. Jedni widzieli na nowych terenach jeszcze wyższe wieżowce jakie dało się oglądać tylko na filmach. Drudzy wyobrażali sobie nowe osiedla z boiskami i basenami, które widzieliśmy tylko na terenie szkoły. Inni w odróżnieniu od pozostałych chcieli zobaczyć piękne place zabaw, na których byłoby mnóstwo kolorowych huśtawek, karuzel i olbrzymich piaskownic. Wszystko to miało się wyjaśnić już następnego dnia kiedy to zaplanowaliśmy na 8:30 wyprawę w nieznane. Głośny budzik zerwał mnie na równe nogi już o 8:00. Jak co dzień zarzuciłem na siebie obowiązkowy strój osiedlowy i po porannej higienie, śniadaniu które w locie zjadłem zbiegając po schodach byłem koło trzepaka już za kwadrans. Powoli koło mnie zjawiali się kolejni młodzi odkrywcy. Każdy z nas jak zwykle zaopatrzony w suchy prowiant i picie rzetelnie upchane a to w kieszonka a to w "listonoszkach" albo po prostu w szkolnych plecakach. Gdy wszyscy zjawili się na miejscu ruszyliśmy znaną już nam drogą w kierunku ul. Rynkowej za którą schowane było "miasteczko rowerowe".
Korty tenisowe 2 etap 1000-lecia
Ominęliśmy odkryte wcześniej miejsce i podążaliśmy dalej na północ. Przechodziliśmy wzdłuż wysokiego zielonego i gęstego żywopłotu gdy niespodziewanie zza niego dobiegły nas echem powtarzające się okrzyki:-"AUT!" , "NET!" , "SERWIS!". Przeszliśmy dookoła zielonego ogrodzenia i znaleźliśmy wejście. Ale furtka była zamknięta i nie mogliśmy wejść na teren kortu. Na furtce była niebieska tabliczka z godzinami otwarcia kortu oraz cennikiem.  Patrzyliśmy z zazdrością wczepieni palcami w wysoką siatkę i z przyciśniętymi policzkami do niej podziwialiśmy zagrania zawodników. Po kilkunastu minutach od strony budynku socjalnego zaczął w naszą stronę iść chłopak. Był naszego wzrostu i na oko w naszym wieku. Miał kręcone ciemne włosy i ubrany był na sportowo jakby zaraz miał wejść na boisko. Gdy zbliżył się do furtki rozpoznaliśmy w nim naszego rówieśnika z podstawówki z przeciwnej klasy. Zrobiło nam się nieswojo bo w głowach mieliśmy jeszcze zaciągnięty hamulec przed wszelkimi znajomościami osób z innych klas nie mówiąc już o międzyosiedlowych przyjaźniach. Przyjęliśmy na jego widok najgroźniejsze miny jakie mogliśmy sobie wyobrazić i układaliśmy w głowach "wiązanki" jakimi obsypiemy kolesia na powitanie. On podszedł pewnie do furtki, wyjął z kieszonki kluczyk, którym otworzył zamek. Otwierając drzwi z uśmiechem powiedział:_"Cześć! Chcecie popatrzeć od środka to wchodźcie!". Szczęki nam opadły, "wiązanki" uschły a na powitanie dostaliśmy wyciągniętą dłoń kolegi. "Czarek jestem, wchodźcie!". Przechodząc przez bramkę każdy przywitał się mówiąc swoje imię i uśmiechając się niepewnie. Czarek wskazał nam miejsce do siedzenia na ławce, która była tak blisko kortu, że mogliśmy dotknąć siatki. Niesamowite! Tutaj mieli korty tenisowe! A my nawet o nich tyle lat nie wiedzieliśmy. Spędziliśmy tam sporo czasu zadając nie kończące się pytania jak jest w jego klasie, jak się mieszka na osiedlu, czy jest w jakiejś bandzie osiedlowej itd, itd. W międzyczasie podawaliśmy piłeczki grającym zyskując ich sympatię i uznanie. W przerwach między "Gemami" jedliśmy nasz prowiant częstując wszystkim naszego nowego kolegę. Było nam bardzo dobrze. W końcu nadszedł czas końca meczu i powoli zaczęliśmy się zbierać w dalszą drogę. Jako, że mieliśmy już tubylca za kolegę poprosiliśmy go żeby pokazał nam swoje osiedle. Nie wiem czemu mieliśmy takie wrażenie jakby ten kort należał do niego. Może dlatego, że wychodzący gracze ściskali jego dłoń na pożegnanie? Czarek z widoczną radością zgodził się zostać naszym przewodnikiem i wręczając każdemu na pamiątkę zieloną piłeczkę tenisową ruszył przodem przed siebie. Prowadził nas osiedlem do złudzenia przypominającym nasze własne. Wszystko było w tych samych miejscach. Wieżowce, czteropiętrowce, place zabaw, parkingi, garaże tylko jakby trochę nowsze i ładniejsze. Szliśmy za nim odbijając bez przerwy o asfalt chodnika swoje piłeczki.


Trzymając się blisko naszego nowego kumpla doszliśmy do jednopiętrowego budynku który kształtem przypominał ósemkę. Był bardzo szeroki. Pewnie 2 razy szerszy od wieżowca ale kształt jego bardzo odbiegał od spójnego prostokąta. Cała jego potęga polegała chyba na tym, że składał się jakby z kilku przyklejonych do siebie budynków dzięki czemu oferował nam do zabawy mnóstwo swoich zakamarków i schowków. Na dodatek z drugiej swojej strony przywitał nas długimi schodami prowadzącymi na pierwsze piętro.


Wymarzone wprost miejsce do zabawy w chowanego! Mając taki asortyment budownictwa socjalistycznego do wykorzystania nie mogliśmy od razu z niego nie skorzystać. Szybką wyliczanką w stylu "wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy...." wylosowaliśmy spośród siebie  "kryjącego" i wskazując wszystkim miejsce do "zaklepywania" krzyknęliśmy chórem "Kryjesz!" po czym natychmiast rozbiegliśmy się po całym budynku mają do dyspozycji 30 sekund na znalezienie idealnej kryjówki. Bawiliśmy się w tym miejscu na zmianę się chowając i szukając. Wspaniała lokacja. Na pewno będziemy tutaj często wracać. I wracaliśmy...
Dzięki naszej drugiej wyprawie nie dość, że poznaliśmy nowego kolegę, poznaliśmy korty tenisowe, dostaliśmy super piłki tenisowe to na deser jeszcze to - nowy budynek do zabawy i to z jaką nazwą "C H E M I A".

C.D.N.

niedziela, 4 marca 2018

Słowo na niedzielę...czyli krótko o zmianach w blogu

Witam wszystkich stałych, odwiedzających od czasu do czasu oraz przyszłych czytelników mojego autorskiego bloga. Na wstępie podzielę się moją olbrzymią radością z tak dużego zainteresowania moimi opowieściami z przeszłości. Nie spodziewałem się, że w tak krótkim czasie zyskam grono stałych czytelników. Na pewno też przed rozpoczęciem spisywania moich wspomnień nie sądziłem, że opowiadania popłynął na inne kontynenty i trafią do odbiorców z innych krajów. Dziękuję pięknie wszystkim Wam, bez których nie było by sensu tego pomysłu realizować. Korzystając z okazji zwracam się do Was z prośbą do przekazywania informacji o moim projekcie w gronie swoich znajomych. Proszę również o Wasze komentarze, opinie oraz pomysły na opowiadania z Waszych wspomnień. Na chwilę obecną skupiłem się na własnej historii życia, którą codziennie odkurzam w swojej trochę już zawężonej pamięci. Dzisiaj już wiem na pewno, że nie będę spisywał wspomnień tylko i wyłącznie związanych z moimi domowymi zwierzakami. Tak jak przypuszczałem zbyt mało jest takich wydarzeń abym mógł z nich zbudować ciekawa opowieść. Zmiana będzie dotyczyła głównego wątku bloga wokół którego wszystko będzie się działo. Otóż moje opowiadania skupią się na wspomnieniach, wydarzeniach i przygodach ze wspólnego życia z moimi znajomymi z przeszłości. Nie skreślam absolutnie żadnej historii z moimi futrzakami. Będą się pojawiały sporadycznie a ich wizyta w opowiadaniu będzie miała zawsze bardzo ważne miejsce i istotne znaczenie. Specjalnie dla Waszej wygody w docieraniu do mojego bloga zamieściłem pod pierwszym postem pt."Tytułem wstępu" przycisk "OBSERWUJ". Kliknijcie na niego, żeby być na bieżąco z aktualnościami. Ponadto pod każdym postem znajdują się okienka waszych reakcji (zabawne, interesujące, fajne). Zaznaczając odpowiednie dacie mi znać jak na Was dany post wpłynął. W dniu dzisiejszym zostanie również zmieniona szata graficzna, która mam nadzieję i Wam przypadnie do gustu oraz lepiej będzie oddawała klimat mojego opowiadania. Na koniec muszę Was z góry przeprosić za wszystkie błędy stylistyczne oraz ortograficzne, które mogą pojawić się w tekście i poprosić o Waszą wyrozumiałość tłumacząc się tylko tym, że niekiedy post jest pisany w autobusie, pociągu czy samochodzie bardzo spontanicznie w chwili gdy jedna z klapek pamięci właśnie się otwiera a ja nie chcąc żeby wspomnienie znowu gdzieś znikło kopiuję je pospiesznie najwierniej jak potrafię właśnie tutaj. 
Z ciepłymi pozdrowieniami licząc na Waszą cierpliwość, zrozumienie oraz udział w moich opowieściach wracam do przeszłości...
                                                                                       

"Oczami nie tylko psa"
 ( Langusta )


C.D.N.