Moja lista blogów

sobota, 3 marca 2018

Na podbój 1000-lecia...czyli pierwsze odkrycia

Dobrze się stało, że cwaniaczki stchórzyli bo po pierwsze my od tej pamiętnej chwili zostaliśmy bohaterami naszych osiedlowych koleżanek oraz młodszych kolegów, którzy z zazdrością podziwiali nasz arsenał dumnie eksponowany podczas osiedlowych przechadzek.
Każdy z nas mógł już oficjalnie jako zwycięzca w osiedlowej bitwie nosić bez "kitrania" pod koszulką swoją procę. Nosiliśmy je przeważnie włożone w tylną kieszonkę spodenek żeby nie przeszkadzała przy siadaniu na trzepaku. Po drugie poszła fama aż do 3 etapu osiedla 1000-lecia, że z nami się nie zadziera więc czuliśmy się niepokonani. A tak na marginesie odnieśliśmy zwycięstwo bez przelewu krwi, potu czy też wylanych łez. Nie ponieśliśmy również żadnych strat materialnych czy też ujmy na honorze w przeciwieństwie do "spenianych",którzy musieli chodzić kanałami.
MAPA 1 Etap 1000_lecia
Dla nas skończyło się już ściskanie na jednym osiedlu i przy jednej piaskownicy. Od teraz ruszamy na podbój północy. Będziemy poznawać nieodkryte jeszcze przez nas etapy największego osiedla w mieście. Zaczęliśmy nową przygodę w dalekim nieznanym świecie podwórek 1000-lecia. Nawet do głowy nam wtedy nie przychodziło, że już za niecałe 15 lat ruszymy wszyscy w swoją podróż. Podróż w dorosłe życie. Każdy w inną stronę. Dla większości z nas były to ostatnie lata wspólnych osiedlowych przygód. Przygód, które po latach z takim wzruszeniem będziemy wspominać. Do wyprawy w tę pierwsza podróż przygotowaliśmy się bardzo profesjonalnie bo na odprawie w piwnicznym klubie ustaliliśmy wspólnie co ze sobą zabieramy. Każdy miał wziąć ze sobą suchy prowiant i coś do picia. Ja ze sobą zabrałem skórzaną "listonoszkę", której używał w szkole mój tata. W środku oczywiście harcerska manierka z herbatą a w papierowej torebce kilka kanapek z twarogiem i pomidorem. Ale miałem coś jeszcze.
Miałem cały wagon czyli 10 sztuk gum "DONALD", które dostałem rano od babci. Nie wiem skąd ona je miała bo towar był mocno w tamtych czasach deficytowy. W miejscu spotkania czyli przy trzepaku zebrało się nas 15 osób gotowych do drogi. Każdy miał coś na ząb więc postanowiliśmy, że zjemy tutaj wszystko żeby było nam lżej iść. Gdy znikły nasze zapasy pomyślałem, że podzielę się gumami z resztą towarzyszy podróży. Wyjąłem z torby 8 gum, które po ceremonii rozpieczętowania oraz obejrzeniu historyjek połamaliśmy na połówki, żeby każdy dostał swoją część. Było nas 15 osób więc ja jako główny sponsor dostałem całą gumę a reszta uczciwie podzieliła się połówkami. Mlaskając i żując towar z pod lady udaliśmy się w świetnych nastrojach jak mali "Kolumbowie" na wyprawę odkrywczą. Naszą wycieczkę w nieznane rozpoczęliśmy od najbliższego nam osiedla, które zaczynało się na ul. Rynkowej a kończyło niewidzialną granicą, którą wytyczała ulica Jagiełły. Byliśmy wtedy dumni z tego, że mieszkamy na największym osiedlu miasta bo zajmującym ponad 15 ha powierzchni. Mieszkaliśmy wszyscy w takich samych mieszkaniach wybudowanych z wielkiej płyty i mieliśmy do dyspozycji ówcześnie najnowocześniejsze 10-cio piętrowe wieżowce, w których woziły nas bez wytchnienia 6-cio osobowe windy. To było coś! Ale było coś czego nie mieliśmy. Nie mieliśmy wiedzy jak jest na innych etapach. W tym dniu nasze wyobrażenie o "nieznanym" zmieniło na zawsze swoje dotychczasowe znaczenie.
Ruszyliśmy więc naszą grupą w kierunku pawilonu handlowego "MERKURY",  który stał na granicy naszych osiedli. Był to sklep wielobranżowy który w swoim zakresie miał szeroko pojęty handel detaliczny towarami przemysłowymi. W środku można było zacerować pończochy, kupić dywan, naprawić zegarek, ubrać się w strój sportowy, sprawić sobie nowe opony do składaka "Wigry-4", zafundować sobie nowe firany i zasłony na okna, z metra uciąć materiał na nową garsonkę, a nawet umeblować mieszkanie.
Aha oczywiście nie można zapomnieć o najlepiej w mieście zaopatrzonym dziale szkolnym, na którego półkach wszystkimi kolorami tęczy kusiły wspaniałe piórniki, pachniały zapachowe gumki, zwisały papiery kolorowe a pod szklaną ladą czekały na zakup flamastry i kredki. Wszystko takie inne niż nasza rzeczywistość. To prawda...inne bo przeważająca większość tych rzeczy pochodziła z Chin, które zaopatrywały nasz kraj w tego typu "gadżety" ale i wiele innych w ramach wymian handlowych. Minęliśmy budynek sklepu prawą jego stroną i znaleźliśmy się na jego zapleczu. Nic ciekawego ponad to, że mogliśmy zobaczyć jak wygląda magazyn Merkurego od środka przez uchylone drzwi z powodu upału. Ale gdy wzrokiem sięgnęliśmy dalej naszym oczom ukazał się widok niespotykany i niebywały. Znajdował się tam duży plac, na którym było mnóstwo uliczek, alejek przecinających się ze sobą i tak gęsto utkanych, że aż zrobiło nam się duszno na sam ten widok. Przy każdym przecięciu się tych ścieżek pokrytych asfaltem były namalowane pasy jak przejścia dla pieszych wszędzie było mnóstwo znaków drogowych i krawężników. Po lewej stronie nawet była asfaltowa górka. Pobiegliśmy w tę stronę i zobaczyliśmy tablicę z napisem " Miasteczko rowerowe "// Dzisiejsze miasteczko rowerowe//. To było nie w porządku! "Jak tak mogło się stać, że my takiego fajnego miasteczka u siebie nie mamy?" Z żalem mówiły dziewczyny. "Może jeszcze nam wybudują?" - ze spokojem sobie to tłumaczyliśmy.


Ale czym dłużej spacerowaliśmy po rozgrzanym asfalcie tym coraz większej ochoty nabieraliśmy na to żeby pędem wracać do domu po rowery i natychmiast przetestować nowy obiekt. Zapomnieliśmy po chwili o naszych żalach z powodu braku miasteczka na naszym osiedlu i jak błyskawice pobiegliśmy po nasze rowery. Nowe odkrycie zaowocowało tym, że mieliśmy kolejną atrakcję do dyspozycji i tak w niewąskim wachlarzu zajęć osiedlowych. Po powrocie jeździliśmy po nowym terenie aż do zmierzchu...albo nawet dłużej :)

C.D.N.

piątek, 2 marca 2018

Bitwa o honor koleżanki...czyli jak zostaliśmy bohaterami (Film cz.5)

8 lat przemnożone średnio przez 180 dni w roku daje nam 1440 dni nauki w szkole podstawowej. Odległość z mojego bloku do szkoły to około 1 km idąc ul. Cmentarną.


Rzecz jasna, że musiałem z tej szkoły też wrócić i zazwyczaj wracałem tego samego dnia i tą samą drogą bo w tamtych latach nie było tak naprawdę gdzie zbaczać z trasy bo mieszkałem w mało atrakcyjnej dzielnicy. Pokonywałem więc dziennie 2 km, które szły na poczet mojej nauki. Sumując to wszystko wyszło, że przez 8 lat podstawówki ja i moi znajomi ze szkoły zrobiliśmy pieszo 2880 kilometrów. Niezły dystans. To na przykład legendarna już trasa Orient Expresu, który w latach 1883 z przerwami do roku 1977 kursował między Paryżem a Stambułem (dawniej Konstantynopol).


Ale to nie dzięki Orient Expresowi czuliśmy się wtedy wyjątkowo. Wyjątkowe było to co robiliśmy po szkole. A robiliśmy wtedy wiele. Do dyspozycji mieliśmy takie atrakcje jak gra w klasy, skakanie z dziewczynami w gumę, dziewczyny grały z nami w palanta, my z dziewczynami robiliśmy pod parterowymi balkonami domki z kocy i śpiworów a dziewczyny bawiły się z nami w Indian. Mieliśmy też na własność piaskownicę, huśtawki, karuzele i trzepak na którym czasami brakowało miejsca bo nie wiadomo czemu wszyscy chcieli na nim siedzieć albo wisieć do góry nogami też nie wiadomo po co. Byliśmy do tego stopnia wyjątkowi, że na nasze podwórko nie miały wstępu inne dzieciaki nawet z sąsiednich osiedli. Wtedy była epoka "band osiedlowych". Samemu nie chodziło się na drugi i trzeci etap 1000-lecia bo można było wrócić z limem albo z wybitym mleczakiem. Jak któraś z dziewczyn poskarżyła się, że jakiś obcy jej dokuczał albo nazwał ją brzydko zawsze zgodnie z osiedlowym kodeksem organizowana była wyprawa wojenna. Zasady były proste i przejrzyste. Najpierw odbywała się w piwnicy wojenna narada w tzw. klubie, gdzie mieliśmy swoją bazę. Spotykali się tam zawsze wszyscy chłopcy, którzy należeli do bandy oraz mile były widziane nasze osiedlowe koleżanki. Zawsze zaczynało się od ustalenia faktów w rozmowie z osobą pokrzywdzoną. Gdy już mieliśmy poczynione ustalenia co do sprawcy i miejsca jego pochodzenia wysyłaliśmy zwiadowców, którzy robili rozpoznanie na obcym terenie. Gdy wywiadowcy wrócili szliśmy wszyscy bardzo podekscytowani do naszego osiedlowego sadku i rozpoczynaliśmy uzbrajanie się w broń i amunicję przed wyprawą wojenną.
Naszą podstawową bronią były proce zrobione z widlastej gałęzi, drutów lub sznurkowe rzutnie. Amunicja różniła się w zależności od sezonu i dostępności owoców w sadku. Były to w zależności od miesiąca: mirabelki, zgniłe jabłka, śliwki węgierki a nawet małe dzikie gruszki. Miejsce do walki było z góry już zaplanowane. Zawsze był to teren neutralny i na tyle odległy od naszego miejsca zamieszkania aby nikt z dorosłych nie stał się niepotrzebnym świadkiem naszych porachunków. Tym razem wypadło na stare rozwalające się kamienice, które były przeznaczone do rozbiórki bo groziły zawaleniem. Idealne miejsce na starcie bitewne. Godzina naszej bitwy też nie była przypadkowa. Była to pora wieczornej emisji kultowego serialu brazylijskiego, który od niedawna gościł na ekranach telewizorów polskiej publiczności.

Była to telenowela pt. 
" Niewolnica Isaura ". Nie bez przyczyny taką godzinę wybraliśmy. Powód był tylko jeden. Wszyscy, których nie chcielibyśmy spotkać w czasie naszych potyczek siedzieli jak zaczarowani przed telewizyjnym odbiornikiem. Przez 60 minut nikt i nic nie było w stanie ich od niego oderwać. To był czas idealny na nasze działania. Miejsce też było w dechę bo nawet gdyby jakiś śmiałek chciał nam przeszkodzić to na pewno 10 razy by się zastanowił czy wchodzić do zawalającej się kamienicy na której wisiały tablice ostrzegawcze o zagrożeniu zawalenia się budynku. My nie musieliśmy się bać bo to były nasze koszary. W końcu nadeszła godzina "W".  Z chwilą gdy nasze osiedle, miasto, województwo i reszta kraju zasiadły z zapartym tchem przed telewizorami my zaczęliśmy skradać się w kierunku miejsca spotkania. Nie mieliśmy dalekiej drogi do przejścia bo kierując się na najwyższy budynek w mieście czyli 75 metrową Katedrę musieliśmy przejść dosłownie kilkadziesiąt metrów żeby znaleźć się na miejscu.
Idąc cały czas chyłkiem przyklejaliśmy się plecami do ścian budynków, które prowadziły nas wprost do naszej bitewnej kryjówki. Byliśmy cały czas czujni i skoncentrowani jakby ktoś miał nas cały czas śledzić. Weszliśmy w ciemny korytarz kamienicy. Musieliśmy chwilę poczekać aż nasze oczy oswoją się z ciemnością. W naszych nosach zawitał wilgotny i zimny zapach starych murów, które kryły pod oberwanymi tapetami i zdartymi tynkami niejedną historię. Te ściany pamiętały wysiedlanie z ich objęć ich pierwszych lokatorów, których ściśnięto potem w Gettach. Ich lokatorów, których po ostatnim trzaśnięciu drzwi już nigdy nie witały skrzypiącymi podłogami i połyskującymi w słońcu szybami swoich okien. Okien na których parapetach stały kolorowe doniczki z kwiatami. Okien, które wszystko widziały przez tyle lat. Okien, które były mimowolnymi świadkami wszystkich wydarzeń tego podwórka. Dzisiaj te okna oślepione swoją starością smutnie chyliły swoje okiennice w stronę podwórza, jakby chciały mimo swojej ślepoty choć trochę usłyszeć z tego co dzieje się w ich okolicy.


Odzyskaliśmy wzrok na dobre i bardzo ostrożnie zaczęliśmy się wspinać po spróchniałych schodach na piętro. Tam czekały na nas dziurawe podłogi przez które dostawało się światło do pomieszczeń na górze. Pokonując labirynt i walcząc z własnym lękiem przedostaliśmy się na otwarte balkony, który były tak dziurawe, że musieliśmy iść na czworakach żeby lepiej widzieć gdzie można postawić nogę. Rozlokowaliśmy się na całej ich szerokości w równych odstępach i zaczęliśmy obserwację. Czekaliśmy na mocne starcie. Chcieliśmy dać nauczkę tym cwaniakom z sąsiedniego osiedla żeby nas popamiętali i nigdy więcej z nami nie zadzierali. Oraz naszymi dziewczynami. Trzymaliśmy cały czas w rękach napięte proce wycelowane w kierunku ulicy i załadowane owocową amunicją, której zapas każdy miał przy sobie. Rolę magazynków pełniły kieszenie spodenek ale również same koszulki, które wpuszczone w spodenki miały tyle miejsca, że można było tam upchać zapas na całą bitwę bez potrzeby jej uzupełniania. Tylko jeden z nas miał zegarek. Zegarek to mało powiedziane to było arcydzieło.
Cud techniki tamtych lat. Ten zegarek nie potrafił tylko mówić. On wskazywał godzinę, mierzył czas w przód i w tył, świecił w nocy i na dodatek grał melodie. Właściciel zegarka szeptem powiedział, że zaraz minie godzina. Dłonie nas już bolały od naciągania procy. Daliśmy sobie sygnały, że czekamy do równej godziny. Włodziu (*) nastawił budzik na za 15 minut i czekaliśmy dalej. Czas się wlókł okrutnie. Cisza powlekała wszystko. Nawet trzeszczące deski w balkonach przestały stękać. Nogi zaczęły drętwieć od niewygodnej pozycji a ręce od podpierania się o podłogę zaczęły tracić czucie. W pewnej chwili jakby na umówiony sygnał, zegarek zaczął grać melodyjkę alarmu zaś z parterowych drzwi kamienicy wyszła starsza kobieta. Pewnie skończył się film. Ale pech! Usłyszała melodyjkę zegarka i spojrzała w naszą stronę. Zobaczyła naszą bandę, która w kuckach siedziała świecąc białymi oczami. Teraz już akcja potoczyła się jak w dobrym filmie akcji. Kobieta zaczęła krzyczeć na cały głos: -" ZŁODZIEJE!!! " na co my nie czekając ani chwili korzystając ze stojącego niżej trzepaka i blaszanych kubłów na śmieci zrobiliśmy profesjonalny desant z podwórza. Biegliśmy w stronę naszego osiedla gubiąc amunicję, która wysypywała się z naszych kieszeni i wypadała spod koszulek. Zziajani wbiegliśmy do naszej piwnicy i wszyscy razem krzyknęliśmy: -"SPENIALI!!!" co w wolnym tłumaczeniu znaczyło, że bitwa została przez nas wygrana przez walkowera. Nasz przeciwnik nie pojawił się na polu walki. Od tego dnia nasi tchórzliwi sparingpartnerzy chodzili kanałami a nasze koleżanki patrzyły na nas już trochę inaczej...

C.D.N.

czwartek, 1 marca 2018

Z miłości do motoryzacji...czyli jak to się zaczęło (Film cz.2)

Bardzo się cieszę, że na mojej drodze znalazł się Pan Dyrektor FSO. Bo gdyby nie on może nigdy bym nie zakochał się w samochodach, wyścigach i ogólnie motoryzacji a nasze cotygodniowe KWP  ( Kapslowe Wyścigi Pokoju ) nigdy nie byłyby nagrodzone nowiusieńkim plakatem nowoczesnego auta, które to z ceremonią wieszaliśmy na ścianach swoich pokoi. Była też inna korzyść z tej nowej znajomości. Otóż za wytyczanie trasy do gry odpowiedzialny był nasz nowy kumpel i "sponsor" nagród właśnie sam Pan Dyrektor. "Siódmak" stracił swoją pozycję lidera, przestał nosić głowę zadartą do góry i ogólnie stał się fajnym kolesiem. Pan Dyrektor również zmienił się w naszym odbiorze z dziwaka, który "liże" codziennie swoją jugosłowiankę na wielkiego znawcę i fana motoryzacji oraz człowieka kochającego samochody i chyba trochę nas. Bardzo długo był naszym guru i prawdziwym nauczycielem, który wiele nas nauczył w zaciszu swojego garażu. Pan Dyrektor zakładając swój poplamiony olejami i przybrudzony smarami granatowy fartuch zamieniał się w kapłana, który w swoim garażu dokonywał z wielkim namaszczeniem celebry. Garażu - Autoświątyni, gdzie dochodziło do mistycznych napraw i serwisowych rytuałów a zamiast zapachu kadzidła unosiła się sakralna woń paliwa ołowiowego i wszelakiej maści olei i smarów.

 Wielu z nas oczami wyobraźni siedząc za kółkiem jego białej "limuzyny" pędziło w siną dal. Wpatrzeni w powieszone na ścianach plakaty i samochodowe kalendarze zamykaliśmy oczy i wciskając pedał gazu w podłogę przenosiliśmy się na kręte wstążki górskich dróg, autostrady których końca nie mogliśmy dostrzec oraz długie piaszczyste plaże po których sunęliśmy bialutką Dacią zostawiając za sobą tylko tuman kurzu i smugę dymy z rury wydechowej. Dzięki tym wymyślonym wyprawom i wycieczkom, na które wybieraliśmy się w każdą sobotę w zaparkowanym w garażu samochodzie zaczęliśmy oprócz zabawy i frajdy dostrzegać swoje pasję i rozwijać własne motoryzacyjne zainteresowania. Czy mogło być lepiej? Otóż mogło. Którejś słonecznej soboty Pan Dyrektor otwierając drzwi od garażu powiedział do nas abyśmy nie wchodzili do środka. Powiedział to tak jakbyśmy czymś podpadli. Bardzo nas to zaniepokoiło tym bardziej, że nigdy wcześniej nasz Dyrektor tak się nie zachowywał.  Patrzyliśmy po sobie przez chwilę z szeroko otwartymi oczami i w pewnej chwili ocucił nas śliczny dźwięk uruchamianego silnika bialutkiej Dacii. Dostojnie i powoli zaczęła się wyłaniać z ciemnego garażu prosto na rozświetlone słońcem podwórko. Była piękna i lśniąca. Wiadoma rzecz przecież polerowana naszymi rękoma. Wyglądała jak Panna Młoda idąca w delikatnie zwiewnej sukni ślubnej. Gdy już cała znalazła się na podjeździe garaży Pan Dyrektor przez otwarte okno zawołał " Zamknijcie drzwi i wsiadajcie do samochodu". Nie mogliśmy ze szczęścia racjonalnie myśleć. Mimo, że było nas tylko pięciu małych i chudych młokosów to w jednej chwili zaczęło nas być o wiele za dużo. Jedni zamykali lewe drzwi gdy w tym samym czasie drudzy otwierali prawe. Kilku z nas wpakowało się już na tylną kanapę tylko po to aby zaraz wyjść na zewnątrz i pomagać nam zamykać i otwierać na zmianę drzwi od garażu. Zamieszanie było takie, że sam nasz mentor wyszedł na zewnątrz i z hukiem zatrzasnął obydwie strony na raz i usadził nas w samochodzie. Nie wiem jaką kierował się klasyfikacją ale ja znalazłem się z przodu koło niego a moi czterej kumple zasiedli grzecznie z tyłu jugosłowianki. Zapadła cisza i wszyscy czekaliśmy na jedno. Czekaliśmy na start!. Pan Dyrektor oznajmił nam, że zabiera nas na wycieczkę za miasto.
Ruszyliśmy jadąc całkiem powoli przez osiedlowe uliczki kierując się w stronę ruchliwego jak na tę porę dnia centrum miasta. Pootwieraliśmy wszystkie okna żeby móc wyglądać na drogę i machać do naszych znajomych na chodnikach, którzy z zazdrością
nam się przyglądali. Dyrektor jakby czytając w naszych myślach zwalniał celowo przy naszych znajomkach żeby oni mogli dokładnie nas oglądać i zazdrościć. My wykorzystując te momenty wypinaliśmy klaty do przodu i z dumą chudymi rękoma powoli i dostojnie machaliśmy do wymijanych kolesi jak jakieś Królowe angielskie.

Ale byliśmy dumni. Taka niespodzianka! Gdy już minęliśmy centrum miasta samochód płynnie skręcił w prawo i ruszył szybciej w kierunku Warszawy. Nasze blond fryzury zaczęły miarowo łopotać na wietrze a zęby nie przestawały się suszyć w pełnym sobotnim słońcu. Jechaliśmy trasą główną w kierunku stolicy jakieś kilkanaście kilometrów podziwiając nieznane nam miejsca. Patrzyliśmy z zazdrością na ludzi którzy wygrzewali się w promieniach słońca leżąc przy brzegu rzeki. Mijaliśmy stacje paliw i przydrożne małe motele. Dopiero teraz zrozumieliśmy jak bardzo małe jest nasze osiedle a o piaskownicy nawet nie wspomnę. To jest świat a my go właśnie teraz zdobywamy! Po długim czasie milczenia i podziwiania widoków przez otwarte okna w pewnym momencie nasz szofer odezwał się i powiedział, że ma dla nas niespodziankę. Skręcił w prawo z głównej drogi i jadąc kilkaset metrów zacienioną aleją dojechał do ogrodzenia z siatki. Zatrzymał się i wyszedł z auta wołając nas do siebie. Stał z tyłu pojazdu przed otwartym bagażnikiem, z którego wyjmował brązowe butelki z oranżadą. Gdy wszystkim wręczył bo butelce powiedział żebyśmy w ciszy szli za nim.


Szliśmy wzdłuż ogrodzenia mijając czerwoną tablicę z napisem "TEREN WOJSKOWY - Zakaz fotografowania ". Gdzie my przyjechaliśmy? Zerkaliśmy ciekawie przez siatkę ale nic tam nie było widać. Wszędzie tylko drzewa i gęste krzaki. Wyszliśmy na polanę niedaleko długiego rzędu strzelistych i wysokich jak wieżowce topoli. Mistrz kierownicy wskazał ręką w kierunku topoli i powiedział do nas abyśmy byli czujni. Byliśmy jak nigdy. Wpatrzeni w ścianę wysokich drzew aż do pierwszych łez płynących po policzkach ze zmęczenia oczu nawet nie próbowaliśmy zamrugać, żeby nie stracić tej ważnej chwili. Nikt z nas nie wiedział nawet jakiej chwili więc patrzyliśmy bez przerwy w jedno miejsce.


Byliśmy tak bardzo skupieni, że gdy nagle zza ściany drzew z głośnym rykiem wzbiły w niebo dwa odrzutowce cała nasza piątka upadła na trawę z przerażenia i chyba zaskoczenia. Szybciej byśmy się spodziewali dzika albo lisa a nawet niedźwiedzia ale nie odrzutowców. Ale przedstawienie. Srebrne ptaki wspinały się po niewidzialnej drabinie wyżej i wyżej zostawiając za sobą tylko ciemną smugę dymu. Patrzyliśmy na nie tak długo aż znikły nam z oczy w obłokach wysoko nad nami. Leżeliśmy tak jeszcze jakiś czas na trawie popijając oranżadę, która cudem nie została wylana. Ale byliśmy szczęśliwi i dumni z naszej dzisiejszej przygody. Nikt się nie odzywał aby nie przerwać tej chwili, która chcieliśmy aby trwała wiecznie. Jednak ta chwila nadeszła ale nawet później niż się spodziewaliśmy. Widocznie Dyrektor wiedział, że chcemy się nacieszyć tym miejscem i tym wszystkim co nas dzisiaj spotkało. Zupełnie bez słowa jakby nie chciał nas wybijać z tego cudownego transu skinął tylko głową do nas i zrozumieliśmy, że już czas na powrót. Ta przygoda tak mocno utkwiła w mojej pamięci, że do dzisiaj jak ją wspominam to czuję łzę na policzku...na pewno od słońca....

C.D.N.

wtorek, 27 lutego 2018

Być na mecie pierwszym...czyli wyścig o plakat. (Film cz.4)

Obudziłem się jak zawsze w wolny dzień od szkoły ciut świt, czyli w samo południe gdy w radio trębacz z Bazyliki Mariackiej w Krakowie grał swój hejnał na cztery strony świata. Czyli jest sobotnie południe. Odsłoniłem szczelne zasłony z okna i w moje oczy wbiły się jak ogniste sztylety promienie wiosennego słońca. Chwilę poczekałem aż mój wzrok oswoi się z tym lśnieniem i wyjrzałem przez okno. Miałem pewnie lepszy widok nawet od tego trębacza z Krakowa mimo, że on podziwiał gród Kraka z wysokości 54 metrów a ja tylko z 30, ale za to moje okno wyglądało prosto na podwórko, gdzie siedzibę w piaskownicy miała nasza "kapslowa bohema". On na pewno takiego widoku nie miał. Poza tym był to punkt obserwacyjno-komunikacyjny dla mojej mamy i babci, które gdy tylko chciały mi obwieścić, że jest pora obiadu po prostu przeraźliwie krzyczały na cały głos: " Maaaaaaaaacieeeeeeeek!!! Ooooooobiaaaaaaad!!! ". Echo niosło ten komunikat aż do ostatniego bloku naszego olbrzymiego osiedla. Zapewne wtedy wszystkie Maćki zrywały się na równe nogi rzucając swoje zabawki i biegły do domu na ciepły obiad. Moje bystre oko wychwyciło, że w okolicy naszego piaskowego toru do wyścigów kapsli zbiera się już osiedlowa śmietanka.
Szybko wskoczyłem w swój roboczy zestaw osiedlowy na który składały się spodenki jeansowe często podwijane na "pijawki" ze skórzanym paskiem do którego zamocowana była w skórzanym etui "finka". Nieodłączny atrybut osiedlowego skauta i miejskiego globtrotera. Kto miał finkę ten miał już prawie wszystko i mógł prawie wszystko. A na górę zarzuciłem śnieżnobiałą koszulkę pachnącą jeszcze kwiatowym "Persilem", który dostaliśmy w paczce z Niemiec od wujka. W jednej sekundzie minąłem kuchnię w której babcia słuchając południowej audycji programu 1 Polskiego Radia robiła mi śniadaniowe kanapki. Wpadłem jak przeciąg do łazienki tylko po to żeby umazany na twarzy pastą do zębów zaraz wskoczyć do kuchni gdzie odbiłem biały paściany odcisk na babcinym policzku i zabierając z talerza jedną z kanapek wybiegłem z mieszkania prosto na schody prowadzące 10 pięter w dół do mojej podwórkowej oazy.
Rzadko korzystałem w tamtych latach z windy do zjeżdżania w dół. Strasznie dużo cennego czasu się marnowało na oczekiwanie na windę. Często bywało, że zjeżdżając w dół na moje nieszczęście musiałem zatrzymywać się co drugie piętro żeby zabrać czekających na niższych piętrach. A tak jednym susem łapiąc się poręczy frunąłem na sam dół jak odrzutowiec. Po niespełna minucie połykając jednym haustem całą kanapkę z masłem i pomidorem byłem już na parterze. Jeszcze tylko odcinek przy śmietniku ostro w prawo i mocno hamując w tumanie kurzu lądowałem przed piaskownicą.



Rytualne przywitanie ze wszystkimi kumplami, którzy tłumnie przybyli na weekendowe międzyosiedlowe "Kapslowe Wyścigi Pokoju" w skrócie KWP trwało dobre kilka minut. Było nas wszystkich kilkadziesiąt osób razem z obserwatorami. Był wśród nas jeden najstarszy kolega dla którego zaszczytnym obowiązkiem było narysowanie patykiem na piachu niepowtarzalnej i skomplikowanej trasy. Jako, że był on już w 7 klasie to miał też za sobą zajęcia z ZPT ( zajęcia praktyczno-techniczne) a dzięki temu i wiedzę techniczną większą od naszej o mile świetlne.


Gdy skończył szkicować swój projekt trasy wyścigowej stawaliśmy gęsiego jeden za drugim i powoli z namaszczeniem wręcz majestatycznie zaczynaliśmy udeptywać całą trasę. Musiała być dobrze ubita żeby kapsle się dobrze po niej ślizgały. Kiedyś jak zrobiliśmy to na "sztukę" to pogubiliśmy nasze pięknie wykonane kapsle w kupie piachu. Od tamtego wypadku już zawsze przykładaliśmy się do solidnego deptania. Gdy trasa była już przygotowana a nasz starszy kumpel dokonał jej odbioru technicznego przyszedł czas na losowanie kolejności startu. Zasada loterii była prosta. Ustawialiśmy wszystkie kapsle na chodniku w jednej linii. I po kolei pstrykaliśmy swoim kapslem jak najmocniej. Kolejność startu zależała od tego jak daleko udało się pstryknąć swój kapsel. Ten kto pstryknął najdalej był pierwszy i tak kolejno. Jasne, że zawsze startował jako pierwszy "siódmak". Cwaniak był dobry z niego. Przed pstrykaniem owijał sobie prawy palec wskazujący plastrem z opatrunkiem dzięki czemu nie czuł bólu i mógł z całej siły strzelać swoim wielkim i długim paluchem. Ale to tylko kwalifikacja startowa. Prawdziwa walko była na trasie. Tam nie liczyła się siła tylko świetna technika. Każdy z nas miał kapsel ozdobiony w unikalny sposób w tzw. koszulkę aby się nie pomylić i dokładnie śledzić swoje miejsce na trasie. Ja nie wiem czemu zawsze ozdabiałem swego "zawodnika" w koszulkę z flagą Wielkiej Brytanii. Koszulka była tylko ozdobą ale bardzo ważne było co znajdowało się pod nią. Starzy wyjadacze wciskali do środka plastelinę o odpowiedniej wadze i ułożeniu inni lali wosk żeby polepszyć siłę ślizgu kapsla. Ale cóż znaczyłyby zawody bez nagrody! Mieliśmy na osiedlu zaprzyjaźnionego Pana Dyrektora z FSO, który codziennie od 16:00 do 22:00 majstrował coś w silniku swojej białej jugosłowiańskiej Daci.


Jego garaż wiecznie otwarty na oścież był 15 metrów od naszej piaskownicy. Mogliśmy godzinami podziwiać jego pięknie zawsze wymyty samochód, który był najlepszy na osiedlu oraz dziesiątki plakatów samochodów wiszących na ścianach wnętrza garażu. Miał tam takie skarby, że mogliśmy sobie tylko o nich pomarzyć. Aż do dzisiejszego dnia gdy Pan Dyrektor przyszedł do naszej piaskownicy, usiadł między nami na betonowym murku i ciekawie przyglądał się naszym wyścigom. Widać było że mu się spodobało bo zapytał się "siódmaka" o co się ścigamy. Tamten odpowiedział, że o zapis na liście wyścigowej, który będzie można za tydzień poprawić na innej trasie. Dyrektor nic nie odpowiedział tylko pokiwał głową uśmiechając się pod nosem. Wstał bez słowa i odszedł w stronę swojego garażu. My dalej pstrykaliśmy zapominając o wizycie Dyrektora. Po kilkunastu minutach zaciekłej walki na szutrowej nawierzchni gdy wszyscy już mieliśmy poobijane i obolałe palce gdy meta była już co raz bliżej a zapach zwycięskiego lauru był coraz silniejszy niespodziewanie zjawił się Pan Dyrektor. Spojrzeliśmy na niego przez zaciśnięte źrenice bo stał dokładnie pod słońce. Powiedział donośnym i poważnym głosem: - "od dzisiaj będziecie ścigać się o nagrody! " Popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. W jednej chwili wszyscy razem, jeden przez drugiego zaczęliśmy pokrzykiwać: -"ale jakie nagrody, przecież nic nie mamy na nagrody! "


Dyrektor uśmiechnął się ciepło i spojrzał każdemu z osobna w oczy. Od dzisiaj będę Wam dawał nagrody i wysunął zza pleców schowaną rękę w której miał gruby rulon błyszczących papierów kredowych. Kucnął na trawniku i rozwinął przed nami rulon z nowiutkimi plakatami współczesnych samochodów. Były ich dziesiątki. To nie mogło się stać a jednak się stało. Wszyscy zapomnieliśmy o kapslach, wyścigu, walce i miejscach na podium. Do późnych godzin wszyscy razem oglądaliśmy nasze wymarzone plakaty z samochodami. Oprzytomniałem dopiero gdy usłyszałem donośny głos mojej mamy, która wołała mnie na kolację...

C.D.N.

Szkoła Tysiąclecia...czyli przyjaciele nie zawsze na zawsze...

Taka była moja pierwsza przygoda z psem, która jak się później okazało zaowocowała moją miłością do zwierząt po dzisiejszy dzień.
Lata 80-te...
Mimo tego, że byłem starszy o prawie 10 lat to pewnie jak większości moich rówieśników czasy te kojarzą się z niebieskim i zielonym kolorem. I wcale nie chodzi o to, że kolory te dzisiaj są postrzegane przez pryzmat wspomnień kolonii letnich, wczasów, wakacji, urlopu, wypoczynku, wody, łąki itp. Mi kojarzą się niestety ze wspomnieniami wszechobecnej milicji obywatelskiej i grzejącego się przy koksownikach wojska.


W tej dekadzie żeby nie było tak do końca smutno w moim rodzinnym domu pojawiły się trzy na pozór prawie niedostrzegalne zwierzaki. Były to dwie papużki faliste i jedna świnka morska. Ktoś może sobie pomyśleć że to ogień i woda, mieszanka wybuchowa. Być może ma rację. Ale nie w moim domu. Miałem to szczęście, że zwierzaki które pochodziły nawet z jednego łańcucha pokarmowego to dziwnym trafem żyły koło siebie w pełnej symbiozie i przyjaźni.


Tak było i tym razem. Prócz moich nowych zwierzęcych domowników pod wspólnym dachem zamieszkała jeszcze jedna postać. Była nią...moja świeżo narodzona siostra.


Cóż dla mnie to olbrzymi przełom, szok, tragedia i rozpacz w moim dotychczasowym życiu jedynaka i zmiana wszystkiego o 180 stopni. Od tej pory wydawało mi się, że już nic nie będzie takie samo jak było dotychczas. Nie byłem też pewny już tej wspólnej domowej sielanki i życia w symbiozie, która tak pięknie rozkwitała pod dachem mojego domu. Niedaleka przyszłość wszystko zweryfikowała i to na korzyść dla wszystkich stron. Na szczęście dla nas wszystkich myliłem się i to bardzo ale o tym może przy innej okazji. Czas na szybkie zestawienie faktów. Mamy więc lata 80-te, dwie papużki, świnkę morską no i moją młodszą siostrę a ja w tym czasie stąpam ostrożnie po kruchym lodzie nauki uczęszczając do szkoły podstawowej. Nie byle jakiej szkoły bo tzw. "tysiąclatki". Nie myślcie, że tyle miała ona lat ( ha! ha! ).

"Szkoła tysiąclecia, właściwie szkoła-pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego – budynek szkolny wzniesiony w ramach programu oświatowego realizowanego w czasie jubileuszu Tysiąclecia Państwa Polskiego jako forma uczczenia tego jubileuszu". (Cyt. Wikipedia )
Kliknij tutaj a obejrzysz krótką historię mojej szkoły...




Nie zawsze miałem do szkoły z górki. Bywały dnie kiedy wracałem do domu z płaczem bo właśnie dzisiaj byłem odpytywany z historii Piastów! Z Piastów? To było tak dawno, że nawet jakby to powiedział dzisiejszy gimnazjalista "nawet mojej starej wtedy na świecie nie było".  Historia jak historia ale dlaczego ja? Przecież właśnie tego dnia powinna odpowiadać Renata bo to była data z jej numerem w dzienniku. Ale komu mam to powiedzieć? Pani od historii, że się pomyliła i powinna o Piastów zapytać Renatę bo ona się obkuła? Renacie, że powinna zgłosić się na ochotnika ratując mi skórę?  Nie! Wtedy się nikomu nie skarżyło bo to była "kicha". Cierpliwie o niczym nie mówiłem rodzicom aż do pierwszej wywiadówki na której o wszystkim się i tak dowiedzieli. A do dnia kiedy wszystkie "lufy" wyszły na jaw twardo i lojalnie trzymałem gębę na kłódkę bo przecież wszystko było dobrze i nie miałem żadnych zaległości w szkole. Gdybym powiedział o dwójach to dostałbym szlaban na tydzień albo i dwa! A tak dostałem oczywiście szlaban ale dopiero za dwa tygodnie! Jak sami widzicie nie miało to najmniejszego sensu ani odrobiny logiki. Ale po co wtedy była mi do szczęścia logika? Wtedy szczęście miało inny wymiar. Szczęściem było spotkać się z przyjaciółmi  i do późnego wieczora robić wszystko to z czego dzisiejsza młodzież nie korzysta...być ze sobą...
Wtedy nie spędzaliśmy czasu siedząc przed ekranem komputerów, tabletów, telefonów. Nie rozmawialiśmy przez komunikatory i sms'y. Nie spotykaliśmy się na wirtualnych boiskach swoich konsol do gier. Wtedy byliśmy wszyscy tacy bardzo realni. Wystarczyło aby wyjść na podwórko, żeby wszystko nierealne i zakazane stawało się możliwe do zrobienia.
Tak też się działo. Wszyscy byliśmy tacy prawdziwi i do bólu znani sobie nawzajem ze wszystkimi swoimi problemami, smutkami, radościami i szczęściami. Potrafiliśmy się tym wszystkim dzielić bo nie przyszłoby nam do głowy aby ktokolwiek mógł to wykorzystać przeciwko nam. Byliśmy ufni i szczęśliwi. Może właśnie dzięki temu, że potrafiliśmy się cieszyć z tak małych rzeczy to do dzisiaj niektórzy z nas utrzymują ze sobą kontakty. Tak po prostu bez jakichkolwiek pobudek...

C.D.N.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Początki przyjaźni...czyli poszły krowy do obory...(Film cz.3)


Powoli zaczęło się zmierzchać. Lipcowe słońce chowało się leniwie za horyzontem zostawiając za sobą ognistą łunę, która odbijała się w płynących nade mną chmurach. Ciepłe powietrze kołysane lekkim wiatrem dawało ulgę po bardzo upalnym dniu. Zbliżała się dobra pora żeby zabrać krowy z łąki i zagonić je do obory. W czasie gdy wychodziłem z domu na podwórze zauważył mnie biegający tam pies moich dziadków Szarik. Na mój widok zaczął wesoło machać ogonem i poszczekując radośnie podbiegł do mnie obwąchując ciekawie moje kieszenie w spodenkach harcerskich. Spodenki harcerskie to był wypas. Były nie dość, że z mocnego materiału w kolorze khaki, na którym nie było widać brudu to na dodatek miały mnóstwo kieszeni w których nosiłem prawie wszystko. Był tam obowiązkowy zestaw wiejskiego skauta czyli składany kozik (taki scyzoryk zamykany z zagiętym ostrzem i drewnianą rączką), mała metalowa latarka, sznurek od snopowiązałki, blaszane pudełko z landrynkami oraz dwa kapsle wypełnione plasteliną do gry w kolarzy. Ale Szarik wiedział dobrze, że oprócz tych wszystkich niezbędności mam w kieszeni bocznej coś wyjątkowego. Coś tylko dla niego. Nie mylił się. Jakby na komendę usiadł obok mojej lewej nogi i swoją prawą łapę położył na mojej lewej kieszeni. Gdy udawałem, że tego nie zauważyłem Szarik mocniej uderzył mnie łapą w kieszeń i patrząc przenikliwie w moje oczy głośno zaszczekał upominając się o coś co dobrze wiedział, że tam jest. Po krótkiej chwili wyjąłem z kieszeni uwędzoną skórę z boczku, która tak pięknie pachniała, że obydwu nam pociekła ślinka. Ale boczek był tylko dla niego. Wyjąłem skórkę i podrzuciłem wysoko do góry krzycząc: -" Szarik twoje! " Pies jakby miał silnik odrzutowy. Wybił się z miejsca do góry i jednym ruchem pyska złapał celnie spadający kawał smacznego mięcha. Chwilę go pomlaskał w silnej szczęce po czym jeszcze raz obwąchał moje kieszenie nie wierząc, że tylko tyle pysznośći mieszczą moje spodenki. Po całej ceremonii powiedziałem do mojego przyjaciela "Szarik idziemy po krowy" . Mój wierny towarzysz posłusznie ruszył ze mną trzymając się mojej lewej nogi i co chwilę wwąchując się w kieszonkę, która jeszcze niedawno miała taką smaczną zawartość a teraz już tylko cudownie pachniała wędzonką. Szarik był bardzo lojalny i nie dawał mi znać swoim zachowaniem, że jest starszy i bardziej doświadczony ode mnie w tym co zaraz miałem robić na łące. Mowa oczywiście o zaganianiu krów z łąki do obory. Trzymał się lekko z tyłu jakby chciał dać mi znać, że wierzy we mnie i wszystko w moich rękach. Szliśmy tak razem ponad 5 minut zbliżając do ciemnej ściany lasu przed którym na soczyście zielonej trawie leżały najedzone krowy. Szarik - stary wyga i doświadczony pies pasterz gdy tylko zobaczył wylegujące się krowy jak na jakąś niesłyszalną komendę zawył ostrzegawczo i pobiegł w ich kierunku. Gdy dobiegł do drewnianej niby bramy zatrzymał się i odwrócił w moją stronę jakby chciał powiedzieć " zobacz jaki mam szacunek u nich ". Widziałem to w jego oczach gdy się zbliżyłem do niego. Przytulił się głową do nogi żeby go pogłaskać na co też nie musiał długo czekać. Dopiero wtedy przed tą bramą ogrodzenia dotarło do mnie, że to nie przelewki i nie jakieś tam karmienie kur czy nawet świń tylko na prawdę wielkie wyzwanie. Jak tak stałem chwilę przy elektrycznym pastuchu zacząłem nabierać zwątpienia czy aby dam radę tyle krów zapędzić do ich obory. Było ich ze 20 a ja sam! No tak nie policzyłem Szarika, którego niesłusznie nie wziąłem pod uwagę w moich obliczeniach. Raz kozie śmierć! Przeżyłem atak koguta oraz nie utopiłem się w chlewiku więc i tutaj dam radę. Zauważyłem, że gdy tak stałem w niepewności przy bramce krowy zaczęły się coraz bardziej zbliżać w moją stronę i ciekawie mi przyglądać patrząc z góry. Byłem przy nich tak mały jak krasnoludek! Miałem mieszane uczucia i nawet myślałem żeby wracać do domu. Ale tam starsi bracia będą znowu ze mnie drwić i się śmiać. Będą mi dokuczać, że jestem tchórzem i boję się zwykłej krowy. Krowa! A cóż to za straszne stworzenie? Też mi tam do głowy przyszło. Ledwo łażą po całym dniu jedzenia trawy. Przecież krowy nie są mięsożerne i nic mi nie zrobią! Wszystko będzie dobrze. Gdy tak się mocno utwierdziłem w swoim przekonaniu na prawdę nabrałem odwagi i pewności siebie. Złapałem w rękę leżący na trawie gałązkę z liśćmi i machając nią nad swoja głową zacząłem otwierać bramę. Chyba chcąc dodać sobie odwagi oraz niesiony rosnącym poziomem adrenaliny zacząłem do tego głośno krzyczeć nikomu nie zrozumiałe słowa. Krowy jak do tej pory spokojne i leniwie się przyglądające mojej małej osobie gdy usłyszały moje darcie japy dostały takiej Speedformy, że wszystkie razem w panice ruszyły w moją stronę taranując bramkę, mnie i siebie na wzajem. Przewróciłem się upadając w pobliski rów. Patrzyłem z przerażeniem jak za moimi podopiecznymi unosi się tylko tuman kurzu z drogi. Tak na prawdę to chwilę po tym jak ruszyły przestałem je dostrzegać w tym pyle. O rany! Co ja najlepszego narobiłem. Z tego wszystkiego jeszcze straciłem z oczu Szarika. Żeby tylko nic mu się nie stało - myślałem. W głowie miałem straszny galimatjas. Widziałem oczami wyobraźni moje krówki rozjechane przez samochody, leżące po rowach. Słyszałem krzyki moich rodziców i braci. Koniec świata! Otrzepałem moje harcerskie gacie i ruszyłem sprintem piaskową drogą za moimi krowami. Po kilkuset metrach szybkiego biegu zauważyłem moje stado spokojnie idące wiejską drogą. Dobiegłem do nich wyprzedzając je i nerwowo szukając mojego Szarika. Przecież go nie mijałem więc albo już jest w domu albo uciekł do lasu - pomyślałem. Nagle zza pierwszej krowy w stadzie prosto na mnie wybiegł szybko jak wystrzelony pocisk Szarik. Wesoło poszczekując podniósł się na tylnych łapach liznął mnie po twarzy odbił się od mojej klatki piersiowej łapami i pobiegł zataczając okrąg wokół stada.
Okazało się, że psi pasterz cały czas sam gonił krowy w stronę domu robiąc wokół nich orbity. Nie minęła dłuższa chwila gdy w tej mojej radości nie zauważyłem, że wchodzimy już na podwórze. Na posesji stali wszyscy i patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Szedłem powoli i dumnie co chwilę machając nad głową witką. Była taka cisza, że słyszałem bicie swego serca, które nie mało wyskoczyło mi z piersi. Pomyślałem że muszę pokazać swój do końca profesjonalizm więc krzyknąłem na koniec " Poszły krowy do obory!" i wtedy wszyscy zaczęli się cieszyć, klaskać coś wesoło pokrzykiwać i mi gratulować.
Na zakończenie każdego wspólnie spędzonego dnia tradycją już było wspólne jedzenie kolacji. Zbieraliśmy się wszyscy w dużej kuchni w której na środku stał olbrzymi stół. Siadaliśmy przy nim podzieleni na grupy wiekowe. Ja i moje liczne rodzeństwo siedzieliśmy blisko siebie żeby można było sobie opowiadać wesołe historie z minionego dnia. Dalej od nas siedzieli nasi rodzice, ciotki i wujkowie którzy rozmawiali o polityce i kłopotach dnia powszedniego. Zaś w najdalej odsuniętym miejscu od nas w jego centralnym punkcie zawsze zasiadała nasza kochana babcia. Ona nam podsuwała pod nos świeżo upieczone bułeczki drożdżowe z pachnącymi jagodami z pobliskiego lasu, które sami nazbieraliśmy. Przynosiła co chwilę pełne dzbanki chłodnego kompotu z rabarbaru i częstowała nas zimnym podpiwkiem wyjętym prosto z zimnej studni. Takie wieczorne "kolacjowanie" trwało do późnych godzin nocnych. Starsze pokolenie po wypiciu kilku lampek swojskiego wina zaczęło się wesoło rozkręcać. Niby to niechcący któryś z wujków zaintonował wers piosenki "przepijemy naszej babci domek cały..." a już za nim wszyscy wesoło podchwytywali nutę i śpiewali chórem dalsze strofy. Po pierwszej udanej próbie wspólnego śpiewania gospodarz znikał za drzwiami salonu żeby za chwilę wracać trzymając w jednym ręku butelkę schłodzonego owocowego wina a w drugim akordeon. Dopiero wtedy zabawa szła na całego. Śpiewaliśmy wszyscy razem "Kolorowe jarmarki", "Nic nie może przecież wiecznie trwać", "Na prawo most na lewo most" i wiele innych piosenek harcerskich, radiowych szlagierów będących na topie radiowej "jedynki". Ale przychodził też czas na piosenki, których my młode pokolenie wtedy nie rozumieliśmy. Nie mogliśmy ich rozumieć bo sens treści był mocno ukryty przed ruską cenzurą a ich wykonywanie groziło poważnymi problemami. Piosenki pokolenia naszych rodziców były śpiewane przez nich z powagą, zadumą i łzą woku. My słuchaliśmy ich ze wzruszeniem i należnym szacunkiem mimo, że nie wiedzieliśmy ile te słowa znaczą. Utwory wołające o wolność, niezależność oraz prawdę. Właściwie to nie były piosenki tylko Pieśni Patriotyczne tamtych lat. Były to utwory Jana Pietrzaka, Jacka Kaczmarskiego, Lombardu i innych wykonawców będących na czarnej liście komunistycznej cenzury. Do dzisiaj znam niektóre z "zakazanych piosenek" na pamięć bo sam wraz z przyjaciółmi je wykonywałem gdzieś poza ciekawymi uszami konfidentów i sprzedawczyków ówczesnej władzy komunistycznej. Wracając do kolacji i tego pamiętnego dnia gdy dumnie wkroczyłem na podwórko prowadząc stado krów nie mogę zapomnieć, że za wszystko tak na prawdę był odpowiedzialny mój dzielny towarzysz i wierny przyjaciel Szarik, który jeszcze tego samego wieczora dostał ode mnie zasłużoną porcję boczku, którą zawinąłem ze stołu nikomu nic nie mówiąc. Ale o tym wiecie tylko Wy...

C.D.N.

niedziela, 25 lutego 2018

Moje pierwsze występy na wiejskim podwórku...czyli bliskie spotkania ze zwierzakami

W tym miejscu powinienem napisać mimo wszystko kilka słów o tym jak od najmłodszych lat byłem oswajany z bliską obecnością zwierząt koło mnie.
Lata 70-te ... Przeprowadziliśmy się do większego miasta gdzie rodzice dostali lepszą pracę oraz wymarzone M4. Obydwoje mieli wiejskie korzenie dzięki czemu miałem gdzie wyjeżdżać na wakacje. Opierając się na opowieściach moich rodziców, dziadków oraz starszych znajomych wiem, że była to era Gierka dzięki któremu w Polsce zaczęło żyć się wszystkim nieco lepiej niż za jego poprzedników. Dzięki zaciągniętym olbrzymim kredytom polaków stać było na wiele więcej a i na półkach nie brakowało towarów. Niestety ten gopodarczy optymizm nie trwał w nieskończoność i był tylko jednym z wielu gwoździ do trumny konsumpcyjnej utopii, która zresztą w późniejszym czasie zapoczątkowała ruch społeczny "Solidarność". Wystarczy tej historycznej noty. Właśnie wtedy rozpoczęły się moje pierwsze zapamiętane przeze mnie spotkania z różnymi zwierzakami. Wyjeżdżałem z rodzicami przy każdej nadarzającej się okazji do naszych bliskich na wieś. Były to okolice mazowsza, podlasia oraz warmii i mazur. W każdym miejscu gdzie się zatrzymywaliśmy były jakieś zwierzęta. Zaczynając od największych takich jak konie, krowy, świnie a kończąc na tych mniejszych jak kozy, owce, gęsi, kaczki czy kury. Jakoś nie specjalnie utkwiły mi miłe wspomnienia z tymi w/w. Jako najmłodszy z zaprawionego w rolniczym boju starszego rodzeństwa mieszkającego na wsi byłem poddawany niekończącym się sprawdzianom i testom na odwagę. Oczywiście wtedy byłem przekonany, że tak musi być i wszystko przyjmowałem na klatę honorowo. Zaczynali swoje "egzaminy" mieszczucha od łatwych testów jak karmienie kaczek, kur a następnie świń. Cóż nie mam się czym pochwalić poza tym, że ubaw mieli po pachy kiedy z rykiem biegłem przed wściekłym kogutem prosto do domu drąc się w niebogłosy, że kogut mnie zabije, rozsypując ziarno po całym podwórku z wiaderka. Innym razem dałem radochę braciom gdy dali mi wiadro ze świeżo uparowanymi ziemniakami i kazali nakarmić świnie. Nie obyło się bez mojej wpadki kiedy wszedłem za ogrodzenie z pachnącymi ziemniakami i w jednej chwili wylądowałem twarzą w gnojówce popchnięty przez niczego nie winną świnię. Oczywiście powód do śmiechu mieli bracia a nie ja. Świniom było wtedy chyba wszystko jedno. Na wsi miałem sporo wpadek i porażek ale nie obyło się też bez kilku sukcesów i powodów do dumy. W tym miejscu warto nadmienić, że dumni byli ze mnie nie tylko rodzice i dziadkowie ale szczególnie ci dowcipni i weseli bracia, którzy od tamtej pory przestali mnie "egzaminować" i traktowali mnie prawie na równi ze sobą. Stało się tak za sprawą mojego bardzo fortunnego udziału w zapędzaniu krów do obory pewnego letniego wieczora. Świadkiem tej akcji oraz wiernym moim towarzyszem był nikt inny tylko zaprzyjaźniony owczarek niemiecki o imieniu "Szarik"...ale o tym już niebawem :)

"Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa" - /Alfons Toussenel/
C.D.N.

Tytułem wstępu...czyli jak to się zaczęło

Pomysł o pisaniu bloga zawsze żył w mojej głowie. Nie miałem jednak pomysłu na jego temat. Zupełnie niedawno wpadłem na myśl, że fajnie by było opisać swoje 45 letnie życie. Ale nie tak po prostu biograficznie, nudno i zwyczajnie. Ale zupełnie inaczej z innej perspektywy. Będę chciał opisać swoje życie na podstawie wspomnień i przygód jakie przeżyłem dzięki swoim kolegom i koleżankom z dzieciństwa oraz zwierzętom, które od zawsze były blisko mnie. Na początku chciałem w nim dokonywać wpisów ze wspólnego życia z obecnym nam czworonożnym przyjacielem, który jest dopiero 2 lata z nami. Ale układając w swojej głowie zarys tego co się ukaże na stronach bloga doszedłem do wniosku, że mam za mało historii i blog może się skończyć jeszcze przed jego rozpoczęciem. Pomyślałem więc, że warto będzie odkurzyć pamięć, wspomnienia, albumy oraz filmy i powspominać nie raz ze łzą w oku również wszystkich moich futrzastych przyjaciół, którzy zajmowali koło mnie bardzo ważne miejsce i do dzisiaj takie zajmują. Mając w głowie jakiś zarys całości ,którą będę chciał publikować w tym miejscu podejrzewam, że z bloga powstanie opowiadanie składające się z pojedynczych postów. Posty te będę się starał jak najwierniej zgodnie z prawdą historyczną i chronologią zamieszczać nadając im tytuły poszczególnych wydarzeń i przygód które mnie spotkały przez te 45 lat. Mam nadzieję, że znajdzie się też ktoś kogo moja historia zainteresuje. Zapraszam do lektury mojego bloga wszystkich pasjonatów i miłośników zwierząt wszelkiej maści ale również wszystkich tych, którzy jeszcze się wahają czy warto się zaprzyjaźniać ze zwierzakami. Mam nadzieję, że miłego odbioru :)


"Pochwała psa: Jedynym całkowicie pozbawionym egoizmu przyjacielem, na jakiego człowiek może liczyć w tym samolubnym świecie, jaki go nigdy nie opuści, nie okaże niewdzięczności bądź zdrady, jest jego pies (...) Całować będzie dłoń, która nie zdoła zapewnić mu pożywienia, lizać będzie rany i sińce, powstałe w zetknięciu z brutalnością świata (...)"/Georg Vest, 1870/


C.D.N.