Moja lista blogów

poniedziałek, 26 lutego 2018

Początki przyjaźni...czyli poszły krowy do obory...(Film cz.3)


Powoli zaczęło się zmierzchać. Lipcowe słońce chowało się leniwie za horyzontem zostawiając za sobą ognistą łunę, która odbijała się w płynących nade mną chmurach. Ciepłe powietrze kołysane lekkim wiatrem dawało ulgę po bardzo upalnym dniu. Zbliżała się dobra pora żeby zabrać krowy z łąki i zagonić je do obory. W czasie gdy wychodziłem z domu na podwórze zauważył mnie biegający tam pies moich dziadków Szarik. Na mój widok zaczął wesoło machać ogonem i poszczekując radośnie podbiegł do mnie obwąchując ciekawie moje kieszenie w spodenkach harcerskich. Spodenki harcerskie to był wypas. Były nie dość, że z mocnego materiału w kolorze khaki, na którym nie było widać brudu to na dodatek miały mnóstwo kieszeni w których nosiłem prawie wszystko. Był tam obowiązkowy zestaw wiejskiego skauta czyli składany kozik (taki scyzoryk zamykany z zagiętym ostrzem i drewnianą rączką), mała metalowa latarka, sznurek od snopowiązałki, blaszane pudełko z landrynkami oraz dwa kapsle wypełnione plasteliną do gry w kolarzy. Ale Szarik wiedział dobrze, że oprócz tych wszystkich niezbędności mam w kieszeni bocznej coś wyjątkowego. Coś tylko dla niego. Nie mylił się. Jakby na komendę usiadł obok mojej lewej nogi i swoją prawą łapę położył na mojej lewej kieszeni. Gdy udawałem, że tego nie zauważyłem Szarik mocniej uderzył mnie łapą w kieszeń i patrząc przenikliwie w moje oczy głośno zaszczekał upominając się o coś co dobrze wiedział, że tam jest. Po krótkiej chwili wyjąłem z kieszeni uwędzoną skórę z boczku, która tak pięknie pachniała, że obydwu nam pociekła ślinka. Ale boczek był tylko dla niego. Wyjąłem skórkę i podrzuciłem wysoko do góry krzycząc: -" Szarik twoje! " Pies jakby miał silnik odrzutowy. Wybił się z miejsca do góry i jednym ruchem pyska złapał celnie spadający kawał smacznego mięcha. Chwilę go pomlaskał w silnej szczęce po czym jeszcze raz obwąchał moje kieszenie nie wierząc, że tylko tyle pysznośći mieszczą moje spodenki. Po całej ceremonii powiedziałem do mojego przyjaciela "Szarik idziemy po krowy" . Mój wierny towarzysz posłusznie ruszył ze mną trzymając się mojej lewej nogi i co chwilę wwąchując się w kieszonkę, która jeszcze niedawno miała taką smaczną zawartość a teraz już tylko cudownie pachniała wędzonką. Szarik był bardzo lojalny i nie dawał mi znać swoim zachowaniem, że jest starszy i bardziej doświadczony ode mnie w tym co zaraz miałem robić na łące. Mowa oczywiście o zaganianiu krów z łąki do obory. Trzymał się lekko z tyłu jakby chciał dać mi znać, że wierzy we mnie i wszystko w moich rękach. Szliśmy tak razem ponad 5 minut zbliżając do ciemnej ściany lasu przed którym na soczyście zielonej trawie leżały najedzone krowy. Szarik - stary wyga i doświadczony pies pasterz gdy tylko zobaczył wylegujące się krowy jak na jakąś niesłyszalną komendę zawył ostrzegawczo i pobiegł w ich kierunku. Gdy dobiegł do drewnianej niby bramy zatrzymał się i odwrócił w moją stronę jakby chciał powiedzieć " zobacz jaki mam szacunek u nich ". Widziałem to w jego oczach gdy się zbliżyłem do niego. Przytulił się głową do nogi żeby go pogłaskać na co też nie musiał długo czekać. Dopiero wtedy przed tą bramą ogrodzenia dotarło do mnie, że to nie przelewki i nie jakieś tam karmienie kur czy nawet świń tylko na prawdę wielkie wyzwanie. Jak tak stałem chwilę przy elektrycznym pastuchu zacząłem nabierać zwątpienia czy aby dam radę tyle krów zapędzić do ich obory. Było ich ze 20 a ja sam! No tak nie policzyłem Szarika, którego niesłusznie nie wziąłem pod uwagę w moich obliczeniach. Raz kozie śmierć! Przeżyłem atak koguta oraz nie utopiłem się w chlewiku więc i tutaj dam radę. Zauważyłem, że gdy tak stałem w niepewności przy bramce krowy zaczęły się coraz bardziej zbliżać w moją stronę i ciekawie mi przyglądać patrząc z góry. Byłem przy nich tak mały jak krasnoludek! Miałem mieszane uczucia i nawet myślałem żeby wracać do domu. Ale tam starsi bracia będą znowu ze mnie drwić i się śmiać. Będą mi dokuczać, że jestem tchórzem i boję się zwykłej krowy. Krowa! A cóż to za straszne stworzenie? Też mi tam do głowy przyszło. Ledwo łażą po całym dniu jedzenia trawy. Przecież krowy nie są mięsożerne i nic mi nie zrobią! Wszystko będzie dobrze. Gdy tak się mocno utwierdziłem w swoim przekonaniu na prawdę nabrałem odwagi i pewności siebie. Złapałem w rękę leżący na trawie gałązkę z liśćmi i machając nią nad swoja głową zacząłem otwierać bramę. Chyba chcąc dodać sobie odwagi oraz niesiony rosnącym poziomem adrenaliny zacząłem do tego głośno krzyczeć nikomu nie zrozumiałe słowa. Krowy jak do tej pory spokojne i leniwie się przyglądające mojej małej osobie gdy usłyszały moje darcie japy dostały takiej Speedformy, że wszystkie razem w panice ruszyły w moją stronę taranując bramkę, mnie i siebie na wzajem. Przewróciłem się upadając w pobliski rów. Patrzyłem z przerażeniem jak za moimi podopiecznymi unosi się tylko tuman kurzu z drogi. Tak na prawdę to chwilę po tym jak ruszyły przestałem je dostrzegać w tym pyle. O rany! Co ja najlepszego narobiłem. Z tego wszystkiego jeszcze straciłem z oczu Szarika. Żeby tylko nic mu się nie stało - myślałem. W głowie miałem straszny galimatjas. Widziałem oczami wyobraźni moje krówki rozjechane przez samochody, leżące po rowach. Słyszałem krzyki moich rodziców i braci. Koniec świata! Otrzepałem moje harcerskie gacie i ruszyłem sprintem piaskową drogą za moimi krowami. Po kilkuset metrach szybkiego biegu zauważyłem moje stado spokojnie idące wiejską drogą. Dobiegłem do nich wyprzedzając je i nerwowo szukając mojego Szarika. Przecież go nie mijałem więc albo już jest w domu albo uciekł do lasu - pomyślałem. Nagle zza pierwszej krowy w stadzie prosto na mnie wybiegł szybko jak wystrzelony pocisk Szarik. Wesoło poszczekując podniósł się na tylnych łapach liznął mnie po twarzy odbił się od mojej klatki piersiowej łapami i pobiegł zataczając okrąg wokół stada.
Okazało się, że psi pasterz cały czas sam gonił krowy w stronę domu robiąc wokół nich orbity. Nie minęła dłuższa chwila gdy w tej mojej radości nie zauważyłem, że wchodzimy już na podwórze. Na posesji stali wszyscy i patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Szedłem powoli i dumnie co chwilę machając nad głową witką. Była taka cisza, że słyszałem bicie swego serca, które nie mało wyskoczyło mi z piersi. Pomyślałem że muszę pokazać swój do końca profesjonalizm więc krzyknąłem na koniec " Poszły krowy do obory!" i wtedy wszyscy zaczęli się cieszyć, klaskać coś wesoło pokrzykiwać i mi gratulować.
Na zakończenie każdego wspólnie spędzonego dnia tradycją już było wspólne jedzenie kolacji. Zbieraliśmy się wszyscy w dużej kuchni w której na środku stał olbrzymi stół. Siadaliśmy przy nim podzieleni na grupy wiekowe. Ja i moje liczne rodzeństwo siedzieliśmy blisko siebie żeby można było sobie opowiadać wesołe historie z minionego dnia. Dalej od nas siedzieli nasi rodzice, ciotki i wujkowie którzy rozmawiali o polityce i kłopotach dnia powszedniego. Zaś w najdalej odsuniętym miejscu od nas w jego centralnym punkcie zawsze zasiadała nasza kochana babcia. Ona nam podsuwała pod nos świeżo upieczone bułeczki drożdżowe z pachnącymi jagodami z pobliskiego lasu, które sami nazbieraliśmy. Przynosiła co chwilę pełne dzbanki chłodnego kompotu z rabarbaru i częstowała nas zimnym podpiwkiem wyjętym prosto z zimnej studni. Takie wieczorne "kolacjowanie" trwało do późnych godzin nocnych. Starsze pokolenie po wypiciu kilku lampek swojskiego wina zaczęło się wesoło rozkręcać. Niby to niechcący któryś z wujków zaintonował wers piosenki "przepijemy naszej babci domek cały..." a już za nim wszyscy wesoło podchwytywali nutę i śpiewali chórem dalsze strofy. Po pierwszej udanej próbie wspólnego śpiewania gospodarz znikał za drzwiami salonu żeby za chwilę wracać trzymając w jednym ręku butelkę schłodzonego owocowego wina a w drugim akordeon. Dopiero wtedy zabawa szła na całego. Śpiewaliśmy wszyscy razem "Kolorowe jarmarki", "Nic nie może przecież wiecznie trwać", "Na prawo most na lewo most" i wiele innych piosenek harcerskich, radiowych szlagierów będących na topie radiowej "jedynki". Ale przychodził też czas na piosenki, których my młode pokolenie wtedy nie rozumieliśmy. Nie mogliśmy ich rozumieć bo sens treści był mocno ukryty przed ruską cenzurą a ich wykonywanie groziło poważnymi problemami. Piosenki pokolenia naszych rodziców były śpiewane przez nich z powagą, zadumą i łzą woku. My słuchaliśmy ich ze wzruszeniem i należnym szacunkiem mimo, że nie wiedzieliśmy ile te słowa znaczą. Utwory wołające o wolność, niezależność oraz prawdę. Właściwie to nie były piosenki tylko Pieśni Patriotyczne tamtych lat. Były to utwory Jana Pietrzaka, Jacka Kaczmarskiego, Lombardu i innych wykonawców będących na czarnej liście komunistycznej cenzury. Do dzisiaj znam niektóre z "zakazanych piosenek" na pamięć bo sam wraz z przyjaciółmi je wykonywałem gdzieś poza ciekawymi uszami konfidentów i sprzedawczyków ówczesnej władzy komunistycznej. Wracając do kolacji i tego pamiętnego dnia gdy dumnie wkroczyłem na podwórko prowadząc stado krów nie mogę zapomnieć, że za wszystko tak na prawdę był odpowiedzialny mój dzielny towarzysz i wierny przyjaciel Szarik, który jeszcze tego samego wieczora dostał ode mnie zasłużoną porcję boczku, którą zawinąłem ze stołu nikomu nic nie mówiąc. Ale o tym wiecie tylko Wy...

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz