Moja lista blogów

piątek, 6 kwietnia 2018

Wakacji czas...czyli na kolonie do Serpelic (Film, cz.10)

Spakowałem swoją walizkę w niecałą godzinę i przed 16:00 stałem już gotowy przy "Maluszku" taty. Nasz "Maluch" bo tak zdrobniale nazywano Fiata 126 P to było auto, które zjeździło pół Europy. Dzisiaj jest to nie do wyobrażenia ale w tamtych czasach ten wehikuł potrafił zmieścić w sobie 4 osoby z bagażami, na dachowym bagażniku 2 kanistry 20-to litrowe z benzyną na zapas oraz 2 torby z towarem na handel. Nieeeee to nie koniec. Po wyjęciu koła zapasowego z bagażnika wkładało się jeszcze namiot, materace i leżaki z turystycznym stolikiem. O teraz prawie wszystko.


Maluch wyglądał jak przeładowany dromader przygotowany do wyprawy przez pustynię. Tak zapakowany "fiacik" często jechał parę tysięcy kilometrów jadąc przez ZSRR, Czechosłowację, Węgry, Jugosławię do Włochy po to tylko żeby kupowane wcześniej produkty sprzedawać we Włoszech z zarobkiem.


W drodze powrotnej najczęściej robiło się zakupy na Węgrzech, które mimo swojego ciężkiego komunistycznego jarzma jakie dźwigało podobnie do Polski miało lepsze towary, których nam brakowało. I tak przez wiele lat "maluszki" jak mrówki zarabiały na swoje i nasze utrzymanie dzięki "turystyce ekonomicznej". Dzisiaj nasz "maluch" miał zawieść mnie nie aż tak daleko ale za to w bardzo ważną dla mnie podróż. Na moje wymarzone wakacyjne kolonie letnie do Serpelic. Wyruszyliśmy w drogę o 16:00, czyli  punktualnie  jak w "szwajcarskim zegarku" jak mawiał mój tato. Miał też inne swoje powiedzenie "pchły po stole chodzą ale porządek musi być!" i co by ono miało nie znaczyć to ja zapiąłem pasy bezpieczeństwa i przykleiłem nos do szyby żeby podziwiać nowe miejsca i widoki. Niedalekie miejscowości przez nas mijane już poznałem wcześniej z weekendowych wypadów do lasów na grzyby czy też pikniki. Najśmieszniejszą dla mnie nazwą miasta jaką napotkaliśmy po drodze były Mordy. Tato jakby zrozumiał moje skojarzenie, które miałem na myśli dodał od siebie "...o w mordę ale jazda! ..." i razem parsknęliśmy śmiechem. Droga szybko minęła. Pewnie dzięki temu, że cały czas mijaliśmy nowe nieznane mi miejsca i mogłem cieszyć oczy pięknymi widokami.


 Było trochę po 17:00 gdy wjechaliśmy do wsi Kózki. Ha ha! Ale nazwa! Nieźle się zaczyna moja wakacyjna przygoda. I znowu jakby tato czytał w moich myślach wyrecytował razem ze mną "żeby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała!" spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem a ja pomyślałem sobie w jednej chwili, że chyba już zaczynam tęsknić za moim ojcem. Uwielbiałem jego żarty i zawsze wielki dystans do siebie i pewnych spraw, które niektórzy wyolbrzymiali. Tato po prostu mówił "..nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło..." I tak dzięki jego naturze i wewnętrznemu spokojowi oprócz tego, że był zawsze moim wspaniałym ojcem to na zawsze już został moim najlepszym przyjacielem oraz wzorem do naśladowania, za którym tęsknię do dzisiaj. Na głównym i chyba jedynym skrzyżowaniu w Kózkach skręciliśmy zgodnie z drogowskazem w prawo po czym wjechaliśmy w wąską asfaltową drogę, którą spowijał z obu stron gęsty piękny i ciemny las.


Ale to robiło wrażenie! Po obydwu stronach ciągnęły się bez końca ogrodzone siatką ośrodki wypoczynkowe różnych zakładów pracy. Mijaliśmy ośrodki wczasowe znanych z Siedlec zakładów: "Karo", "Stalchemak", "Polmozbyt", "PKP", "PKO" i wiele innych. Dech zapierało mi w piersiach na sam widok tego tajemniczego miejsca. Gdy pomyślałem sobie, że spędzę w takim otoczeniu dwa tygodnie to aż mrówki przebiegły mi po plecach. Jechaliśmy wolnym tempem jeszcze kilka minut do miejsca gdzie las się przerzedził a ja zauważyłem tablicę informującą o zabytkowym kościele w Serpelicach.
To chyba tutaj "pomyślałem" i jeszcze bardziej przycisnąłem nos do szyby ,żeby niczego nie przeoczyć. Bardzo wolno kluczyliśmy tak naprawdę pomiędzy wczasowiczami, którzy idąc środkiem ulicy w radosnych nastrojach przechadzali się między ośrodkami a leśnymi barami, których było co nie miara na naszej drodze. Mimo wczesnej pory w niektórych ośrodkach rozbrzmiewała już głośna muzyka dyskotekowa zapraszając na swoje wieczorne potańcówki przy przebojach lat 80-tych. Słychać było po lesie płynącą "Nie rycz mała nie rycz", "Córkę rybaka", czy też inne szlagiery z zachodu takich kapel jak Modern Talking, CC Catch, Kim Wilde. Z głośników echem po lesie niosło zapowiedzi prowadzących dancingi o godzinie rozpoczęcia imprezy tanecznej oraz o grach i zabawach dla dzieci i młodzieży a także o jakichś konkursach z nagrodami. Ale atmosfera! Tego u nas w mieście nie miałem okazji doświadczyć.


Małą próbkę takich imprez miałem okazję na własnej skórze przeżyć tylko na klasowych dyskotekach lub rzadko organizowanych dyskotekach szkolnych. Ahhh...dyskoteki.... Byłem ich nie koronowanym królem. Królem tańców "przytulańców". Mimo, że zawsze początki były typowo siłowe. Dlatego siłowe lub wysiłkowe-jak kto woli, bo ciężko wszyscy pracowali nad tym żeby ściany sali gimnastycznej nie runęły podtrzymując i podpierając je mocno plecami. Mimo usilnych zaproszeń Didżeja do skocznych rytmów zachodnich przebojów Sandry i Sabriny oraz konkursów pt." Panie proszą Panów" i na odwrót nikt nie zostawił ścian bez pomocnych pleców. Ale...do czasu! Do czasu gdy w głośnikach zabrzmiały wolne i namiętne ballady taneczne między innymi takich wykonawców jak Patrick Swayze "She's Like The Wind" czy Savage ze swoim "Don't Cry Tonight" albo pięknej Jennifer Rush w utwórze "Power of love". Słysząc te nastrojowe nuty nikt nie myślał o zawaleniu się ścian sali. Wszyscy fachowcy budowlani i strażnicy swojego kawałka podłogi ruszyli biegiem na środek w locie szukając swoich wybranek do zarzucenia im rąk na szyi. Nasze koleżanki niby to zajęte rozmową spoglądały ciekawie na cele podążające w ich kierunku. Często w takim wyścigu dochodziło do potknięć, wywrotek oraz innych zdarzeń z dziedziny kolizji drogowych nie wspominając już o celowym eliminowaniu konkurencji w drodze do wybranki. Pojawiały się wtedy zestawy eliminacyjne w postaci podstawiania nogi, popychania w celu wyrzucenia kontrahenta ze wspólnego toru lotu w tym samym kierunku a także odwróconej katapulty czyli tak silnego pociągnięcia za tył swetra aby przeciwnik w locie znalazł się za nami. Cóż wszystkie chwyty były dozwolone w drodze do partnerki a zgodnie z maksymą "wojna to wojna straty muszą być" bez większych oporów dążyliśmy do celu. Po takim krwawym wyścigu pozostało już tylko tym, którzy wylądowali przed swoją wybranką twarzą w twarz grzecznie się ukłonić i mimo bólu w biodrze, sińca pod okiem i rozerwanego na plecach swetra z Turcji rozpocząć rytmiczny balans ciał. Oooo taaaak! W tym byłem dobry. Mam nadzieję, że w Serpelicach też będą dyskoteki. No a jak dyskoteki to pewnie i będą dziewczyny. Z moich dyskotekowych wizji i marzeń wyrwał mnie nieprzyjemny pisk hamulców "maluszka". Ocknąłem się szybko i rozejrzałem dookoła samochodu. Ale nie zobaczyłem żadnej przyczyny tak ostrego hamowania. Szybko dotarły do mnie słowa taty, który chyba kolejny raz powtarzał " No, jesteśmy na miejscu ". Wyszedłem z auta i przeczytałem na tablicy budynku napis " Szkoła Podstawowa w Serpelicach".


Cooooo??? Szkoooooła??? Ze szkoły do szkoły? A gdzie te kolonie obiecane? Zrobiło mi się słabo...To chyba kolejny żart mojego taty pomyślałem sobie i spojrzałem z lekkim uśmiechem na niego. Na pewno chciał się odgryźć za moją tróję z matmy i to się mu udało. Pewnie zaraz wsiądziemy do samochodu i wrócimy do domu. A ja tak wierzyłem w te kolonie...w te dyskoteki...w te leśne wycieczki. Tato spojrzał w moją stronę i widząc strach w moich oczach uśmiechnął się i powiedział " No to za dobrą naukę masz jeszcze 2 tygodnie dodatkowych zajęć w tej szkole na korepetycje z matematyki z najlepszymi uczniami wojewódzctwa". Po czym roześmiał się na cały głos. Nie było mi do śmiechu ale tato znany ze swoich dowcipów szybko wyjaśnił, że w budynku szkolnym będziemy nocować w czasie kolonii. Kamień spadł mi z serca i to centralnie na lewą nogę bo przechodząc przez furtkę potknąłem się z wrażenia o krawężnik i z bólem stopy, kuśtykając dumnie wszedłem na teren szkoły... tzn. na teren kolonii. Tato szedł za mną z moją wielką skórzaną walizką trzymając mnie za ramię jak swojego godnego przedstawiciela. W drzwiach szkoły, na których wywieszona była karta z napisem "Kolonie letnie - organizator ZHP Łosice, stała ubrana w mundur harcerski z granatowym sznurem na lewym ramieniu kobieta, która na nasz widok zasalutowała po czym podając najpierw tacie a potem mi na przywitanie rękę przedstawiła się "Jestem Drużynowa Joanna! Witam na naszym obozie kolonijnym w Serpelicach!" Ciarki mi przeszły po plecach. Jaki obóz? Jaki harcerski? Ja nawet nie wziąłem mundurka swojego...o co tu chodzi? Kurczaki to ja za karę zamiast na kolonie to trafiłem do obozu??? Zastępowa wzięła od taty walizkę a do mnie powiedziała "pożegnaj się tutaj z tatusiem i chodź za mną pokaże ci twoją grupę" Dostałem od taty buziaka w czoło i jeszcze kilka dobrych rad na ucho, których nie słyszałem wcale z powodu mojej ekstytacji, po czym jak Zombie ruszyłem krok w krok za moją zastępową Joanną. Dziwne to uczucie znaleźć się w środku szkoły podobnej do mojej i to jeszcze na domiar złego w środku wakacji. Brrrr! Szliśmy parterowym korytarzem identycznym jak w mojej "czwórce" do samego jego końca. Tam znajdowała się sala lekcyjna od której drzwi były lekko uchylone i można było usłyszeć dobiegające ze środka głosy rozmów. Joanna otworzyła drzwi na oścież i donośnym głosem podała komendę "Powstań drużyna! Baczność! Przywitajcie nowego kolegę z Siedlec". Położyła moją walizkę na nie zajętym jeszcze łóżku polowym i powiedziała do reszty "To jest Maciej i będzie w naszej drużynie...powiedzcie mu wszystko o regulaminie i nie zapomnijcie nauczyć się na godzinę 20:00 hymnu harcerskiego...będziemy go śpiewać 2 racy dziennie! Na apelu porannym i wieczornym! Nie chcę się na Was zawieść bo jesteście moją i to znaczy najlepszą drużyną!. Spocznij! Macie teraz czas wolny!" Uśmiechnęła się do nas życzliwie i jej twarz nabrała zupełnie innego blasku. Z tej surowej i srogiej drużynowej zmieniła się w anioła o blond włosach, radosnym uśmiechu ozdobionym pięknymi białymi zębami i szafirowych oczach, które w jednym czasie nabrały innego zupełnie blasku. Do ręki wcisnęła mi kartkę z maszynopisem pt. " Wszystko co nasze - hymn harcerski autor Ignacy Kozielewski" mówiąc "do wieczora chłopaki i powodzenia w nauce hymnu!". Po czym jeszcze raz się uśmiechnęła i krzyknęła "Czołem drużyna! " i nie czekając na nasze "Czołem drużynowo!", wyszła sprężystym krokiem z sali machając wesoło swoim blond warkoczem wystającym spod beretu jakby na pożegnanie. Moi nowi koledzy obsiedli mnie dookoła mówiąc jeden przez drugiego skąd pochodzą, gdzie pracują ich rodzice, jak mają na imiona i jeszcze o wiele więcej informacji od których rozbolała mnie głowa. Wyciągnąłem ręce nad głową i siłą bezwładności upadłem na swoje łóżko plecami patrząc w sufit. Chłopcy ucichli zaniepokojeni i spytali czy nic mi nie jest. Ja chwilę leżąc ze wzrokiem wbitym w sufit cichym głosem odpowiedziałem "Nawet nie wiecie jak bardzo jestem szczęśliwy, że tutaj przyjechałem" Zaraz potem zaczęliśmy od nowa opowiadać sobie wszystko po kolei w międzyczasie ucząc się słów hymnu:

"Wszystko co nasze Polsce oddamy,
w niej tylko życie, więc idziem żyć,
świty się bielą, otwórzmy bramy.
Rozkaz wydany: Wstań! W słońce idź!

Ramię pręż, słabość krusz,
ducha tęż ojczyźnie miłej służ!
Na Jej zew w bój czy w trud,
pójdzie rad harcerzy polskich ród!
harcerzy polskich ród..."

Moi kumple z drużyny wyjaśnili też, że to nie jest typowy obóz harcerski tylko kolonie na których naszymi dodatkowymi opiekunami będą też harcerze z okolicznych hufców. Dzięki nim będziemy brać udział w "podchodach leśnych", nauczymy się topografii z kompasem w terenie otwartym i czytania map. Zdobędziemy wprawę w podstawowym ratownictwie medycznym i jeszcze wiele atrakcji o których jeszcze nie słyszeli.


Dzięki nie mającym końca rozmowom nawet nie spostrzegliśmy jak wybiła pora kolacji a zaraz po niej apel wieczorny, na którym tłumnie się zebraliśmy. Do tej chwili myślałem, że moja grupa to jedyna na koloniach a okazało się zupełnie inaczej. Ustawialiśmy się niezdarnie w kolumny wywoływani przez swoich drużynowych. Zobaczyłem w tłumie ludzi swoją blond Joannę i pobiegłem w jej stronę. Gdy byliśmy już wszyscy koło niej ustawiła nas w dwuszeregu według wzrostu frontem do masztu z biało-czerwoną flagą. Dopiero wtedy zauważyłem, że jest nas duuuużo więcej. Było 6 drużyn z których każda liczyła około 12 osób. Były 3 drużyny dziewczyn i 3 drużyny chłopaków. Super! Pewnie będą dyskoteki! Na czele każdej drużyny stali drużynowi oraz panie opiekunki. W pewnym momencie cały gwar zebranych na placu apelowym dzieciaków został uciszony głośną komendą "Baczność! Do hymnu!" Z setki gardeł popłynął piękny, podszyty dumą i chwałą hymn harcerski. Wpatrzeni w falującą na wietrze flagę Polski deklamowaliśmy melodyjnie i z namaszczeniem słowa wiersza Ignacego Kozielewskiego. Czułem się wyjątkowo i bardzo uroczyście. Chwila pieśni, przez którą oddawaliśmy cześć i pamięć poległym harcerzom oraz wyraz naszej wspólnej więzi mocno nas jednoczyła i zbliżała do siebie. Czuliśmy wielką dumę z tego, że możemy razem być tu i teraz. Po hymnie Komendant kolonii odczytywał plan kolejnego dnia. W skrócie też opisał jakie atrakcje na nas czekają w ciągu tych 2 tygodni pobytu w Serpelicach. Miały być wycieczki do stadniny koni w Janowie Podlaskim, spływ kajakami po Bugu, wycieczki po lesie, zawody sportowe i wiele wiele innych. Atrakcji było bez liku. Do dyspozycji mieliśmy salę sportową ze stołami do ping ponga, boisko do kosza i piłki nożnej a co drugi dzień jeździliśmy na basen odkryty w Serpelicach w ośrodku wypoczynkowym. Ku mojej uciesze okazało się, że dzisiaj wieczorem odbędzie się dyskoteka integracyjna wszystkich drużyn z okazji rozpoczęcia kolonii. A jednaaaak! Będzie disco - będzie wszystko!!! Obiecałem sobie tylko jedno na ten wieczór. W związku z tym, że budynek wydawał się być solidną konstrukcją postanowiłem nie podpierać ścian od środka na zabawie tanecznej...

wtorek, 3 kwietnia 2018

Pierwszy dzień wakacji...czyli rozliczenie roku szkolnego (Film, cz.9)

Zakończenie roku szkolnego 1985/1986 trwało około 2 godzin więc w domu byłem już przed 10:00.  Wszedłem od razu do swojego pokoju żeby zdjąć z siebie ten niewygodny garnitur, który mimo swojej elegancji nie był na pewno do noszenia na co dzień. W mieszkaniu była tylko babcia, która gdy tylko mnie zobaczyła pobiegła do swojego pokoju i chwilę czegoś szukała w szufladzie. Po chwili podeszła do mnie i z uśmiechem od ucha do ucha wręczyła mi jednego "waryńskiego" całując mnie w policzek i gratulując zakończenia nauki. Oczy mi nie mało wypadły z orbit jak zobaczyłem taaaaki banknot. "Stówa to kupa pieniędzy" - pomyślałem.
Uwiesiłem się na szyi babci i serdecznie podziękowałem. Babcia dodała jeszcze żebym sobie je schował i zabrał ze sobą na wakacje. Słucham? Mam zabrać ze sobą na wakacje? Na jakie wakacje? Przecież pewnie nigdzie nie wyjadę za tę tróję z matmy a stówy nigdzie nie wydam jak będę siedział w domu. Spróbowałem babcię podpytać o jakich wakacjach dla mnie myślała. Poszedłem do kuchni gdzie babcia Stasia przygotowywała obiad. Niby to od niechcenia zagadałem co będzie na obiad i bez żadnych ogródek jak gdyby nigdy nic spytałem: - "a kiedy ruszamy na wakacje babciu?" Stasia zajęta mieszaniem zupy chyba dała się złapać na tak bezpośrednio zadane pytanie, bo powiedziała wprost: -"nie ruszamy tylko ty ruszasz sam na wakacje....hmmmm....no chyba mówił ci tato?" Spojrzała na mnie trochę zaniepokojona ale było już za późno! Ha ha ha! Babcia się wygadała! Mój plan się powiódł! Skinąłem w stronę babci niby to na potwierdzenie jej pytania i niepostrzeżenie wymknąłem się na podwórko pochwalić się kolegom wyjazdem. Biegłem jak wariat w dół po schodach skacząc co 6 stopni. Właściwie nie biegłem tylko frunąłem trzymając w kieszeni jeszcze nie używaną stówę a w głowie już układałem sobie plan mojego wyjazdu. Ależ byłem szczęśliwy! Na podwórku panował ruch jak co dzień. Nikt z naszej "osiedlowej bandy" póki co nigdzie jeszcze nie wyjechał więc mogliśmy siedząc na karuzeli rozprawiać kto i gdzie wyjeżdża w wakacje. Jedni wyjeżdżali na wieś do swoich dziadków gdzie spędzali czas aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Opowiadali jak to będą jeździć na dziadka "komarku", pływać w stawie na łące a wieczorem palić ognisko i siedzieć przy nim aż do późnej nocy z braćmi i siostrami jedząc pieczone kiełbaski i ziemniaki. Po ognisku obowiązkowo spanie na sianie. No bo gdzieżby indziej było tak fajnie? No chyba, że na strychu gdzie na czas wakacji była robiona dodatkowa sypialnia dla dzieci. Inni cieszyli się na wyjazd z rodzicami nad morze, którego jeszcze nie widzieli na żywo. Zresztą tak jak większość z nas. Snuli więc swoje opowieści utkane marzeniami jak to będą nurkować w masce i z rurką podziwiając morskie dno i ich mieszkańców.
Wszyscy wzdychaliśmy na samą myśl o takiej przygodzie. Widzieliśmy tylko na filmach jak piękne jest morze od środka. Kolorowe ryby, chowające się w morskiej roślinności która  mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, śnieżnobiałe plaże na których wygrzewali się wczasowicze i gorące promienie słońca, które z błękitnego nieba spływały na cały ten piękny pejzaż. Nie wiedzieliśmy tego, że nasz Bałtyk różni się i to bardzo od tych wód oceanicznych w których flora morska jest o wiele bogatsza od naszej rodzimej a i temperatura i przejrzystość naszego Bałtyku nie sprzyja nurkowaniu. Ale co tam... tego przecież jeszcze wtedy nikt z nas nie wiedział.  Ach... morze...
Jeszcze inni mówili o wyprawie w góry gdzie będą się wspinać na najwyższe szczyty wraz z przewodnikami oraz chodzić na piesze wycieczki górskimi szlakami. Tam to musi być dopiero super. Zrobiło się przyjemnie i miło. Nasze opowieści były jak wycieczka do innej krainy z baśni. Były jak opowieści znane tylko z książek przygodowych Alfreda Szklarskiego o wyprawach Tomka Wilmowskiego. Jego historie znaliśmy z serii powieści opisujących przygody chłopca na wszystkich kontynentach naszego globu. Wiele byśmy dali w zamian za takie przygody. Ja opowiedziałem o swoich wakacjach, których planów tak na prawdę do końca ani nie znałem ani tak na prawdę nie potwierdziłem u źródła moich pomysłodawców. Domyślając się tylko, że wyjeżdżam na kolonie letnie wymyśliłem na poczekaniu, że wyjeżdżam na 2 tygodnie na Mazury do Olsztyna. Znałem dokładnie te rejony bo często jeździłem z rodzicami do moich bliskich w odwiedziny. Moja rodzina mieszkała  w samym Olsztynie na osiedlu "Nagórki". Często wybieraliśmy się z moimi siostrami Marta i Asią oraz bratem Pawłem popływać na okolicznych jeziorach. Najbliższym jeziorem od bloku było jezioro "Skanda" a trochę dalej w dzielnicy Kortowo jezioro kortowskie. Mając w pamięci moje wakacje w Olsztynie mogłem co nieco powymyślać.
Więc wymyślałem, że na koloniach będę pływać kajakiem, nurkować w masce z rurką i płetwami oraz zwiedzać kwaterę główną Adolfa Hitlera, tzw. "Wilczy Szaniec" usytuowany niedaleko wsi Gierłoż. Miałem też wyjeżdżać na wycieczki turystyczne do Ostródy, Olsztynka i Gietrzwałdu. No wszystko pięknie tylko, że ja już tam byłem a co będzie teraz. Zrobiło mi się smutno i wstyd, że opowiadam na wyrost o miejscu do którego pewnie nie pojadę a wakacje spędzę na działce rekreacyjnej rodziców a co najwyżej pojadę na wieś pod Siedlce do znajomych rodziców z pracy. Babcia przecież nie powiedziała, że jadę na kolonie tylko że ruszam sam na wakacje. Właśnie tam mogę pojechać sam. Posmutniałem jeszcze bardziej i na szczęście w tym samym czasie usłyszałem głos mojej mamy, która z wyraźną radością wołała pieszczotliwie "Maaaaaaciuuuuś chooooodź na ooooobiaaaaad!!!" Wyczułem, że dzieje się tu i teraz coś niecodziennego...coś na prawdę odświętnego...coś niebywałego. Wbiegłem oczywiście po schodach na 10-te piętro i zziajany dopadłem w kuchni do dzbanka z kompotem z mirabelek. Przechyliłem go do ust i żłopałem jak spragniony koń po "Wielkiej Pardubickiej". Pijąc łapczywie mirabelkowy nektar patrzyłem przez szklane dno dzbanka na moich rodziców i babcię którzy również wpatrywali się we mnie z lekkimi uśmiechami. Nie wiem ile czasu to trwało ale na pewno nie więcej niż wypicie jednego litra kompotu bez odrywania ust. Odstawiłem dzbanek na pusty stół gdzie zazwyczaj stały talerze obiadowe i zapytałem niepewnym głosem -" O o o obiadu dzi dzi dzisiaj nie ma? " Cała trójka roześmiała się głośno wskazując na salon, w którym na rozłożonym stole nakrytym odświętnym białym obrusem stały równiutko talerze, szklanki i sztućce a na środku buchała gorącą parą waza z zupą pomidorową, której zapach było czuć w całym domu. Na honorowym centralnym miejscu siedziała już siedmioletnia siostra Marta, która wołała: - "długo jeszcze będę na Was czekać? " Nie daliśmy długo na siebie czekać i zasiedliśmy wszyscy do stołu. Tato wyjaśnił, że ten uroczysty piątkowy obiad jest z okazji mojego ukończenia szóstej klasy z dobrymi wynikami i najlepszą oceną z zachowania. Poczułem olbrzymią ulgę i wszystkie kamienie spadły mi z serca. Zaraz po tym jak stałem się lżejszy o cały rok nauki podał mi tato kopertę na której czarnym mazakiem napisane było "na kolonie letnie". Aaaaaaa jednaaaaaak!!!! Kolonie! Krzyknąłem i zajrzałem do koperty, w której były dwie setki. Miałem już w sumie 300 złotych! Podziękowałem wszystkim za finansowe wsparcie w mojej przyszłej wyprawy do....no właśnie do kąd? Wiem, że kolonie ale nie wiem nic poza tym...gdzie, kiedy z kim. Mnóstwo pytań...W przerwie między daniami zapytałem taty o wszystko czego nie wiedziałem jeszcze przed obiadem.
Dowiedziałem się wtedy, że już dzisiaj po 16:00 jadę na 2 tygodnie do Ośrodka Kolonijno-Wypoczynkowego w Serpelicach nad Bugiem. Po powrocie z koloni będą dwa dni przerwy na pranie ubrań i wyjazd dwutygodniowy do Olsztyna do mojego ciotecznego rodzeństwa nad jeziora. Potem jeszcze dwa tygodnie wczasów nad morzem w miejscowości Darłowo. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Tyle atrakcji przez wakacje...ale super! Szybko wciągnąłem resztki zupy wypijając je prosto z talerza i po równie szybkim zjedzeniu schabowego z ziemniakami i mizerią zacząłem się pakować do swojej pierwszej podróży. Spojrzałem na zegar w przedpokoju. Dochodziła godzina 15:00 więc miałem godzinę do wyjazdu z moim ojcem do Serpelic. Mimo, że jechaliśmy naszym prywatnym samochodem to nie chciałem żeby tato czekał na mnie. Przecież przed chwilą zostałem nagrodzony za wzorowe zachowanie w szkole. Nie mogło być inaczej w domu. Nie mogłem z radości ustać w miejscu a w głowie z nadmiaru szczęścia, myśli kręciły się jak na karuzeli. Do walizki wciskałem równo złożone przez babcię ubrania na każdą pogodę a na samo dno walizki włożyłem przed chwilą otrzymany od mamy prezent - skórzany portfel a w nim zebrane 300 złotych. Chyba najważniejsza jeszcze w tym całym zamieszaniu była rzecz, że mimo iż kłamałem jak z nut o moich wakacyjnych planach to tak na prawdę w sumie tylko uprzedziłem fakty i dzięki temu jeszcze lepiej się poczułem. Tak rozpoczęły się moje wakacje Anno Domini 1986...


C.D.N.

sobota, 24 marca 2018

Zakończenie roku szkolnego...czyli pora na wakacje! (Film, cz.8)

Drrrrrrrrryn! Drrrrrryyyn! Drrrrrrrryn! Co jest? Co się stało? Zerwałem się na równe nogi w przerażeniu szukając źródła tego strasznego hałasu. Drrrrrrryn! Nie wiedziałem skąd ten dźwięk dochodził. Majacząc senną marą podniosłem głowę i nieprzytomnym jeszcze wzrokiem patrzyłem przed siebie w nicość. Resztki snu znikały pod mrugającymi powiekami. Znowu Drrrrrryn! Czy to jeszcze ten sen czy już rzeczywistość? Zajrzałem pod łóżko i zobaczyłem stojący na podłodze metalowy budzik rodziców, który wskazywał 6:30 rano! Wyłączyłem przeraźliwy dzwonek i z mocno skwaszoną miną zacząłem sennie rozglądać się po swoim pokoju. Zaraz, zaraz przecież do szkoły zawsze budziła mnie babcia o godzinie 7:00, żebym zdążył się umyć i zjeść śniadanie przed lekcjami. A ja nie śpię o 6:30 i to zbudzony przeraźliwym alarmem! Więc co jest grane? Na fotelu przy ławie leżał nasz pies rasy pudel o imieniu "Dżeki", który ciekawie mi się przyglądał swoimi czarnymi jak węgle oczami.
Pewnie też był zdziwiony, że widzi mnie o tak wczesnej porze już obudzonego. Nic mi nie wyszło z tego rozglądania się po pokoju. W dalszym ciągu nie znalazłem odpowiedzi na wiele pytań, które przyniósł mi dźwięk budzika. Wstałem z łózka i podszedłem do kalendarza na którym widniała data 27 czerwca 1986 roku. Na dole kartki przeczytałem cytat:
 „Im więcej mamy czasu na wykonanie jakiejś pracy, tym więcej czasu nam ona zabiera.”  
Cyril Northcote Parkinson"
"Ale mądre słowa..." - pomyślałem. Wszystko jasne!!! Piątek!!! Ostatni dzień szkoły!!! Od razu zapomniałem o złym nastroju i na twarzy pojawił się banan a za nim rząd białych ząbków. Otworzyłem drzwi od pokoju a za nimi zobaczyłem tatę, który z pianą do golenia na twarzy stał przed lustrem w przedpokoju i czekał na łazienkę, którą zajęła siostra. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się w moją stronę mówiąc: "-co student? koniec męki dzisiaj? jeszcze tylko rózgi i wakacje! Ha! ha! ha!" Zaśmiał się głośno i życzliwie. Pomyślałem sobie w duchu: "fakt! koniec dzisiaj szkoły i dwa miesiące laby!" Ale nie liczyłem na rózgi bo dzięki pomocy mojej zdolnej "korepetytorki" Renaty, odwieczna "matematyczna kołomyja elementarna" została oceniona na tróję. Ale za to mocną tróję! Poszedłem do dużego pokoju gdzie mama przywitała mnie uśmiechem i wręczyła mi świeżo uprasowaną bialutką odświętną koszulę. Wskoczyłem w nią radośnie jakbym robił to pierwszy raz. Ale to było moje szóste zakończenie roku szkolnego. Dwa poprzednie lata miałem świadectwa z czerwonym paskiem i w nagrodę pojechałem na kolonie letnie w góry do Mszany Dolnej. Cóż w tym roku ta nieszczęsna trója z matmy...ciekawe dokąd w tym roku nie pojadę...ha ha ha! To wszystko było nie ważne i bez znaczenia ponieważ to ostatni dzień budy!
Gdy już byłem odpicowany w gajerek ostrożnie żeby nie zaplamić ubrania zjadłem śniadanie i poszedłem pierwszy raz w tym roku szkolnym bez plecaka do szkoły. Po drodze spotkałem kilku kolegów ze swojej klasy, z którymi wspólnie ruszyliśmy w kierunku szkoły. Żeby nie było niedomówień to poszliśmy normalną drogą bez żadnych skrótów po krzakach i sadkach. Wiadomo czemu. Wszyscy byli odstawieni jak na komunię w czyściutkie ubranka, które zakładało się tylko na wyjątkowe uroczystości. Taką uroczystością miało być dzisiejsze zakończenie roku. Szliśmy gromadą wesoło i głośno rozmawiając, przekrzykując się jeden przez drugiego. Opowiadaliśmy gdzie wyjeżdżamy na wakacje, jakie średnie mamy na cenzurach no i kto zostaje na osiedlu. Zanim się spostrzegliśmy byliśmy już pod budynkiem naszej "czwórki". Jeszcze nigdy tak szybko nie minęła nam droga do szkoły. Przed szkołą panował wielki gwar i ogólne zamieszanie. Z różnych stron schodzili się uczniowie, którzy po chwili wypatrywania "swoich" dołączali do nich tworząc co raz liczniejsze grupy. Nasi na co dzień znajomi koledzy i koleżanki dzisiaj wyglądali prawie nie do poznania. Wszyscy tak radośni i cudownie kolorowi. Dziewczyny w ślicznie upiętych włosach, w których na wietrze powiewały kolorowe wstążki miały na sobie sukienki we wszystkich kolorach tęczy. Czuć było w powietrzu tę wyjątkowość, której na co dzień mieliśmy stanowczo za mało. Na co dzień widzieliśmy siebie na wzajem ubranych w jednakowe mundurki lub fartuszki z białymi kołnierzykami, w których wyglądaliśmy jednakowo ale dzięki temu czuliśmy się wszyscy równi wobec siebie bez względu z jakiego domu pochodziliśmy. Mimo wczesnej pory słońce przyłączyło się do naszego świętowania i głaskało nas radośnie po twarzach swoimi złotymi ciepłymi dłońmi, jakby chciało nam powiedzieć "gratulacje i do zobaczenia w wakacje". Na tle wesoło gaworzących grup klasowych biegali nauczyciele między drzwiami wejściowymi a boiskiem szkolnym. Po kilkunastu minutach tego dość komicznego przedstawienia usłyszeliśmy donośny głos dyrektorki, który dochodził niby to z boiska ale echem odbijał się od murów szkoły po czym powracał do nas i powtarzał się jeszcze kilka razy gdzieś w przestrzeni.  Okazało się, że "dyrka" mówi do nas coś przez głośniki z terenu boiska. Słychać było: "raz, dwa ,raz, dwa, próba mikrofonu, raz, dwa..." Jeszcze kilka razy coś tam zapiszczało i w końcu usłyszeliśmy wyraźny i znany nam głos pani dyrektor. "Uwaga, uwaga! Zapraszam wszystkich uczniów na boisko szkolne i ustawianie się za swoimi wychowawcami, którzy czekają na swoje klasy koło linii bocznej". Bardzo fajnie, że tegoroczne zakończenie roku odbędzie się na zewnątrz. Pogoda sprzyja więc nie będziemy się ściskać na sali gimnastycznej i pocić w zaduchu budynku szkolnego. Zawsze to coś innego. Po kilkunastu minutach gdy wszyscy już znaleźli swoich wychowawców i ustawili się zgodnie z numerami klas rozpoczęła się właściwa uroczystość. Początek zawsze był nudny i usypiający bo głos zabierała jako pierwsza dyrektorka szkoły dziękując swoim nauczycielom za ciężką pracę. Potem nauczyciele dziękowali dyrektorce i rodzicom. Następnie rodzice dziękowali dyrektorce, nauczycielom i dzieciom żeby na samym końcu dzieci podziękowały dyrektorce, nauczycielom i rodzicom za cały rok nauki. Po tych dziesiątkach podziękowań, setkach rozdanych kwiatów, tysiącach uścisków dłoni i milionach pocałunków pozostawionych znakiem szminki na policzkach, przyszła wreszcie długo wyczekiwana chwila rozdania świadectw. Po zakończonej części artystycznej, w której nie zabrakło piosenek, wierszy i jakiegoś nawet przedstawienia "teatralnego" padło hasło od głównej - dowodzącej do rozejścia się do swoich sali lekcyjnych z wychowawcami.
Wiedzieliśmy, że to już tylko chwila dzieli nas od szczęśliwego końca roku a tym samym chwila do rozpoczęcia wakacji. Na naszej sali ostatni raz w tym roku szkolnym siedliśmy w swoich ławkach i susząc bez przerwy białe ząbki niecierpliwie czekaliśmy na ostatnie podsumowanie naszej niedawnej jeszcze edukacji w klasie piątej "de". Nasza wychowawczyni pani Halina siedząc za swoim biurkiem opuściła okulary na koniec nosa i otwierając powoli dziennik lekcyjny z listą obecności podniosła swój wzrok znad nisko opuszczonych okularów. Ale nie było to spojrzenie jakie do tej pory znaliśmy z lekcji historii. Nie było spojrzeniem, które szukało wśród nas ofiary do odpowiedzi. Nie było bystrym i przenikliwym spojrzeniem, które wyczuwało na odległość w naszych głowach pustkę i mętlik historycznych wydarzeń, które tylko ona sama miała chronologicznie ułożony w swojej pamięci. Jej wzrok, który starał się dotrzeć do każdego z nas z osobna niósł w sobie zwiastun dobrej nowiny a zarazem wzruszenia ze wspólnie spędzonych 10-ciu miesięcy. Na sali zapadła taka cisza, że mimo iż okna sali były zamknięte, słychać było ćwierkające wróble. Może mi się wydawało ale nasza "sorka" miała w oczach łzy, które nie chciały wypłynąć spod powieki i trzymały się kurczowo rzęsy jakby wstydziły się zdradzić swoją właścicielkę z jej drugiego oblicza. Oblicza, którego nie poznaliśmy przez ostatnie miesiące ale było na pewno odwrotnie proporcjonalne do tego, które znaliśmy na co dzień. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem i chyba na chwilę odleciałem z naszej sali cofając się oczami wyobraźni do wszystkich swoich lekcji historii. Przestałem słyszeć o czym mówi nasza wychowawczyni. Unosząc się nad salą historii widziałem siebie stojącego pod tablicą ze spuszczoną głową a przede mną kiwającą głowa historyczkę. Gdy spojrzałem na środek sali widziałem siebie siedzącego w ławce podczas klajfy. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach...Brrrr! Znowu wróciłem do rzeczywistości i zobaczyłem, że cała klasa patrzy na mnie z uśmiechem ale nic nie słyszałem. Po kilku sekundach z głębokiej ciszy dotarły do mnie słowa wychowawczyni: -"Maciek chodź po swoje świadectwo...Maciek podejdź do mnie po świadectwo bo wakacje się opóźnią..." Zerwałem się na równe nogi i szybkim krokiem podszedłem do biurka historyczki. Wręczając jej schowany za plecami bukiet kwiatów podziękowałem za rok nauki i wyrozumiałości za nasze czasem złe zachowanie. Sorka dała mi buziaka w policzek i dała do ręki moje świadectwo życząc udanych wakacji i bezpiecznego powrotu do szkoły. Bałem się trochę zerknąć na swoje oceny ale zupełnie niepotrzebnie. Nie było tragedii poza tą jedną trójką z matmy. Martwiłem się o ocenę z zachowania ale i tutaj znalazłem niespodziankę. Sorka patrzyła na mnie spod oka lekko się uśmiechając pod nosem. Wiedzieliśmy tylko we dwoje, że ocena z zachowania była dana mi na wyrost. Ta surowa nauczycielka dała mi swój dowód zaufania wierząc, że nie zmarnuję tej szansy. Do końca swojej  nauki w podstawówce nie zapomniałem o jej wspaniałym wobec mnie geście zaufania. Korzystając z okazji, że to nasze ostatnie chwile w tym składzie przed wakacjami postanowiliśmy wykonać jeszcze jedno zadanie.
Panował w latach 80-tych taki zwyczaj, który polegał na wymianie miedzy sobą swoich pamiętników. Były to przeważnie zeszyty obłożone ozdobnymi okładkami, w których zapisywaliśmy sobie na wzajem rymowane życzenia. Zanim rozeszliśmy się do swoich domów wymieniliśmy się pamiętnikami w taki sposób aby wszystkie wróciły do swoich właścicieli. Bardzo często taki pamiętnik wracał do swojego gospodarza dopiero po roku zanim cała klasa się wpisała do niego. Frajda była o tyle większa, że tak na prawdę nie mieliśmy możliwości przez cały rok zobaczyć jaką rymowankę dostaliśmy od swoich kolegów i koleżanek. Była to już ostatnia na dzień dzisiejszy mniej oficjalna część zakończenia roku szkolnego 1986. Teraz już tylko pozostało nam rozpocząć wakacje...


C.D.N.

sobota, 17 marca 2018

Jak zdobyć 3 etap? ...czyli wyprawa za "śmierdzący rów" (Film cz.1)

Istnieje wiele czynników, które wpływają na tworzenie się miasta. Te czynniki nazywane są popularnie "miastotwórczymi". Głównymi z nich na pewno będą szlaki handlowe, którymi podróżowali kupcy ze swoimi oryginalnymi czy też orientalnymi towarami ( Wenecja, Poznań, Ułan Bator ) następnie bliskość do morza czy też jeziora ( Gdańsk, Nowy Jork, Gniezno, Detroit ), które dawały niespożyte zapasy wody pitnej oraz zapewniały mieszkańcom higienę. W końcu dostęp do soli, węgla oraz rud i minerałów ( Wieliczka, Katowice, Bochnia, Tarnowskie Góry ). Można też będzie wymienić między innymi takie miasta jak Kair, Jerozolima, Kołobrzeg czy Lublin, które mają możliwość kontynuować procesy rozwojowe uwarunkowane biegiem historii.


No właśnie...a gdzie są Siedlce? Dla kogoś kto nigdy nie spróbował pogrzebać w historii szukając wiedzy o naszym mieście zapewne powie krótko: "taka pipidówa na trasie między Warszawą a Terespolem z zabudową pamiętającą wczesnego Gomułkę i późnego Gierka". No i wiele się nie pomyli patrząc na obecną urbanizację miasta. Budynki ustawione od linijki socjalistycznego inżyniera z czasów PRL, kreślone na zaplamionej od kawy desce kreślarskiej.
Budynki urodą przypominające osiedla Moskwy i innych miast byłego ZSRR oraz reszty bloku socjalistycznego. Wieżowce budowane bardzo wolno i niedbale w 100% wykonane z wielkiej, zimnej płyty. Niestety na to już wpływu nie mamy. Ważne, że nasze miasto przechodzi obecnie olbrzymią metamorfozę z korzyścią dla jej mieszkańców oraz studentów, którzy licznie przyjeżdżają studiować na naszym Uniwerku. Pamiętać jednak należy o tym, że Siedlce mające pierwsze wzmianki o sobie w roku 1448 były przez długi czas jednym z ważniejszych ośrodków życia towarzyskiego i kulturalnego Polski. Były miastem do którego na spektakle teatralne tłumnie przyjeżdżały elity z całego kraju. O wysoką pozycję naszego miasta zadbała między innymi księżna Aleksandra Ogińska z rodu Czartoryskich. Jej działania nie zostały na szczęście zapomniane i mając dawną świetność miasta w pamięci staramy się dzisiaj dać mu godne miejsce na mapie kultury i nauki naszego kraju.


I tym optymistycznym akcentem przejdźmy z powrotem do lat 80-tych, kiedy nasza kultura szeroko pojęta brała swój początek w kinie "Sojusz" przy ul. Pułaskiego a swój koniec odnajdowała na jakiejś sztuce w warszawskim teatrze do którego raz na rok jeździliśmy z klasą.
Wielką lukę "brakokulturową" wypełnialiśmy na co dzień muzyką puszczaną z płyt winylowych, odtwarzaną na kaseciakach licencji "Grundiga" albo po prostu słuchaną z radia. Na topie mieliśmy takie gwiazdy narodowe jak Top One, Papa Dance, Lady Pank, Lombard i wielu innych, którzy oprócz tego, że brzmieli w naszych uszach na co dzień to jeszcze zajmowali zaszczytne miejsca zawisając w formie plakatu na ściennych "słomiankach".
My mieliśmy coś jeszcze. My mieliśmy osiedle 1000-lecia, które składało się z 3 etapów z czego 2 już zostały przez nas zdobyte. Otóż to...2 zdobyte więc został ostatni etap do podboju. Jak można się domyśleć etap numer 3 był najdalej wysuniętym osiedlem na północ od naszego. Był oddalony o około 1 kilometra od Kolumny Toskańskiej. Wtedy to była odległość kosmiczna! Ale nie odległość była w tej wyprawie nie do pokonania. Na naszej drodze do szczęścia stanęła a właściwie płynęła dzika rzeczka, która nie bez przyczyny nazywana była "śmierdzącym rowem". Ten dziki ściek płynął właśnie w okolicy 3 etapu zbierając w swoje wody odpady płynne z piekarni, firmy drobiowej, kolorowe farby z zakłady odzieżowego itp. Bywało czasami, że w ciągu tygodnia nasza "Sekwana" płynęła innym kolorem w zależności od tego na jakie barwy farbowane były koszulki z zakładu odzieżowego "Caro". Masakra! Chciał nie chciał trzeba było ruszać i jakoś  poradzić sobie z fetorem. Nasza wyprawa jak zawsze miała swój początek w okolicach karuzeli gdzie jak zwykle zebrała się grupka licząca sobie około 12 osób. Tym razem dołączyli do nas nowi kumple z zaprzyjaźnionego już 2 etapu i to właśnie dzięki nim poczuliśmy się super pewni, że nic nam nie grozi podczas dalekiej wyprawy. Przecież była w nas siła i moc!
Wolnym marszem dodreptaliśmy do miasteczka rowerowego, którym jak zawsze je widząc pozwoliliśmy sobie się nim pozachwycać. Chwila minęła zanim zapoznaliśmy się z nowymi liniami namalowanymi na ścieżkach rozdzielających pasy drogowe oraz kolorowymi znakami drogowymi, które dumnie prężyły się w pionie stojąc na jednej nodze. Cieszyliśmy się, że ktoś dba o nasze miasteczko aby wyglądało "apetycznie" na tle szarych bloków rozrzuconych ciasno wokół niego. Gdy już nakarmiliśmy nasze zmysły nowym wyglądem miasteczka poszliśmy w stronę kortów tenisowych.  Na miejscu stwierdziliśmy, że ich sportowa uroda nie wymaga żadnych poprawek i machając wesoło do graczy na korcie ruszyliśmy dalej kierując się na naszą bazę "CHEMIA". Korzystając z okazji zrobiliśmy na miejscu kilka wyliczanek losując wśród nas "kryjących" pobawiliśmy się w chowanego na wspaniałym niedawno odkrytym przez nas terenie. Trochę znudzeni oklepaną już jakby nie było zabawą, wolnym krokiem pospacerowaliśmy w stronę "śmierdzącego rowu". Byliśmy jeszcze dość daleko od kanału gdy w nosach poczuliśmy słodko-mdlący zapach siedleckiej "Sekwany". Zakrywając nosy koszulkami i zasłaniając usta dłońmi dotarliśmy do przeprawy przez kanał. Za most dla pieszych służyły ułożone nad wodą betonowe płyty drogowe zwane "monowskimi". Po szybkim przejściu przez "śmierdziucha" pobiegliśmy w stronę jeszcze nam obcego osiedla. Nie było tak źle jakby nam się wcześniej wydawało z tym przejściem przez śmierdzirzeczkę. Teraz pozostało nam już tylko zwiedzanie nowego terenu.
Naszym oczom ukazały się w pierwszej kolejności nowoczesne wieżowce, które niby na pierwszy rzut oka takie same jak nasze ale jednak trochę inne. Na pewno różniły się od naszych "drapaczy" balkonami, które były długie i sąsiadowały z kolejnymi rozdzielone tylko ścianą Na nasze balkony strach było wychodzić bo nie dość że były małe to zamiast ścian miały metalowe pręty przez które zawsze wypadały na dół zabawki. Horror! Idąc wzdłuż nowych bloków podziwialiśmy olbrzymią przestrzeń, której u nas niestety nie mieliśmy pod dostatkiem. Tak na prawdę to byliśmy ściśnięci na małym podwórku na którym była jedna karuzela, 2 huśtawki, piaskownica i wspaniały sadek w którym odbywała się większość naszych zabaw. Teraz po latach już wiem skąd brały się te nasze eskapady na sąsiadujące tereny. Z jednej strony chcieliśmy większej przestrzeni zaś z drugiej byliśmy żywym złotem, które ciężko było utrzymać na miejscu. Dzięki naszej ciekawości świata oraz chęci zdobywania nowych doświadczeń nie nudziliśmy się na co dzień i zawsze mieliśmy coś innego do zrobienia. Dzisiaj podejrzewam nikt nie zmusił by młodzieży do takich "wysiłków" w celu poznania nieznanego. Ja nie podejrzewam...jestem o tym przekonany...


C.D.N.

piątek, 9 marca 2018

Płonie ognisko i szumią... czyli ucieczka z sadku (Film, cz.7)

Czas płynął nieubłaganie. Płynął też na naszą niekorzyść i jak się później okaże nie był naszym sprzymierzeńcem beztroskiego życia. Pchał nas z dużą niepohamowaną siłą w dorosłe życie o czym mieliśmy się dowiedzieć już niedługo.  Ale my wtedy nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy z tego, że ta świetna harmonia, błogi czas laby i braku odpowiedzialności zmierza ku końcowi. No bo niby skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Byliśmy tylko trochę starszymi dziećmi, które żyły chwilą tu i teraz a nie daleką przyszłością. To zadanie należało do naszych rodziców, którzy nazywani przez nas samych "starzy" często nam o tym przypominali. Właściwie to ciągle nam o tym mówili przy każdej okazji. Szczególnie późnym wieczorem w niedzielę kiedy zaganiali nas do odrabiania lekcji na przyszły tydzień, do nadrabiania zaległości z matmy albo do nauki wiersza na pamięć i tak w kółko. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja. Mimo tego, że kulałem z matmy to los był dla mnie łaskawy. Łaskawy był zesłaniem mi mojej "korepetytorki" z matematyki do sąsiedniej klatki. To jednak nie koniec mojego szczęścia. Poza tym, że mieszkała w sąsiedniej klatce to jeszcze uczyła się ze mną w jednej klasie! Bardzo się cieszyłem, że Renata która była najzdolniejszą dziewczyną w klasie a może i szkole była właśnie moją sąsiadką.
Oprócz tego, że była bardzo zdolna i świetnie radziła sobie z trudną dla mnie matematyką była na dodatek bardzo cierpliwa, miła i ładna. Nie można mieć więcej szczęścia. Zawsze znajdowała dla mnie czas i nigdy nie odmówiła pomocy. Gdy byłem chory przynosiła mi lekcje do przepisania. Była zawsze dobrą koleżanką. Nigdy nie miałem okazji jej podziękować za to, że dzięki swojej do mnie cierpliwości przyczyniła się do tego, że udało mi się przez skomplikowany matematyczny labirynt podstawówki przebrnąć i znaleźć z niego wyjście. "DZIĘKUJĘ!" Tydzień oczekiwania na wspólne wyjście na korty a potem na ognisko wlókł się strasznie długo. Pewnie dlatego, że wszyscy o tym cały czas myśleli i bez przerwy rozmawiali na przerwach miedzy lekcjami. Ale w końcu nadszedł koniec tygodnia i w piątkowe popołudnie wreszcie spotkaliśmy się na karuzeli osiedlowej żeby obgadać szczegóły. Kręcąc się gadaliśmy o jutrzejszym wypadzie na teren "samochodówki". Miejsce bardzo fajne bo dalekie od ulicy i naszego osiedla. Podczas ostatniej wizyty na terenie szkoły nie zauważyliśmy nikogo kto mógłby nam przeszkadzać w realizacji naszych planów. Pozostało nam tylko zabrać ze sobą dobre nastroje, rakiety tenisowe z piłeczkami i jakąś kiełbasę na ognisko. Umówiliśmy się na następny dzień około 18:00 na tenisa a potem w planach mieliśmy pieczenie kiełbasy. Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia od południa jeździliśmy na rowerach po miasteczku rowerowym, gdzie spotkaliśmy kilku nowo poznanych kumpli z 2 etapu. Zaprosiliśmy ich na ognisko przypominając żeby zabrali ze sobą koniecznie swoich znajomych oraz kiełbasę do pieczenia. Gdy znudziliśmy się już jazdą po wesołym miasteczku pojechaliśmy pod budynek "Chemii". Tam po kilku "bombach do piwnicy" pojechaliśmy do swoich domów na obiad. Musiałem jakoś zwędzić z lodówki kiełbasę w taki sposób żeby nikt nie zauważył. Nie chodziło wcale o to, że nie dostałbym tej kiełbasy do zjedzenia. Tylko zaczęły by się trudne pytania: "gdzie ją biorę?", "dlaczego nie jem w domu?" i w końcu w wyniku śledztwa wyszłoby na jaw, że będziemy palić ognisko no i szlaban! W kuchni było tłoczno jak to podczas obiadu. Jedząc drugie danie zerknąłem kątem oka na zegar wskazujący 16:30. "Mam duży zapas czasowy" - pomyślałem. Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju gdzie udając, że czytam "Sposób na Alcybiadesa" Niziurskiego kombinowałem jak znaleźć się sam na sam z lodówką. Niecierpliwie spoglądałem na zegarek na którym zbliżała się godzina 17:30. Robiło się późno a w kuchni jak nigdy o tej porze mama z babcią zaczęły przygotowywać jakieś ciasto na niedzielę. "A to pech! Co robić?" - myśli szybko krążyły w mojej głowie. W końcu wpadłem na genialny pomysł jak przewietrzyć kuchnię z jej lokatorów. Wyszedłem na klatkę schodową, gdzie ściągnąłem windę na swoje piętro. Wykręciłem żarówkę żeby nie było widać, że jest pusta i włączyłem przycisk 5 piętra. Podczas jak winda zjeżdżała w dół ja specjalnym drutem w otworze "technicznym" drzwi windy przesunąłem skobel w prawo tak żeby winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Upewniłem się, że winda stoi poniżej mojego piętra i pobiegłem do domu z wrzaskiem: - "Ktoś się zablokował w windzie i woła pomocy!" - zawołałem w domu. Babcia z mamą wybiegły na klatkę a ja wpadłem do kuchni i po otwarciu lodówki wziąłem dwa długie pętka kiełbasy. Szybko schowałem je do mojej "listonoszki" po czym wybiegłem na klatkę i odblokowałem windę wyjmując drut z drzwi. Gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół ja powoli schodziłem schodami na parter. Mijałem się z mamą i babcią na 9 piętrze. Mówiły coś do siebie, że ktoś zrobił głupi dowcip z windą a ja uśmiechając się pod nosem i dumny ze swojego mistrzowskiego planu krótko jakby od niechcenia szepnąłem: - "Idę na dwór". Powiedziałem to tak cicho, że chyba tylko ja sam to słyszałem. Nie chciałem zostać zawrócony z powrotem do domu do pomocy przy produkcji ciasta. Na dole czekali już prawie wszyscy z osiedla. Jeden z kolegów powiedział, że poczekamy jeszcze tutaj na 2 etap, który zobowiązał się przynieść dodatkowe rakiety do tenisa bo my mieliśmy tylko dwie od Moniki. Za kilka minut zjawiło się niemałe stadko tenisistów z drugiego etapu.
Byliśmy na etapie oglądanych skrótów sportowych z Dziennika Telewizyjnego gdzie informacje niestety bardzo okrojone przez cenzurę mówiły o nowych gwiazdach tenisa ziemnego. Byli nimi Szwed Björn Borg oraz Amerykanin John McEnroe, którzy oprócz nowego stylu walki na kortach Wimbledonu, wnieśli też nową modę sportową do naszego kraju i nie tylko. Każdy z nas biorąc wzór z mistrzów miał na nadgarstku co najmniej jedną frotkę do ocierania potu z czoła.
Na boisko tenisowe dostaliśmy się tak jak ostatnio - przez dużą dziurę w ogrodzeniu. Nasza grupa liczyła ze 20 osób więc tenisowych emocji nie mogło zabraknąć aż do zmierzchu. Graliśmy najpierw mecze singlowe ale w tym czasie za dużo osób musiało czekać na swoją kolej, więc zaczęliśmy grać deble. Wtedy dopiero zaczęła się zabawa na całego. Zmieniliśmy też ogólnie przyjęte zasady rozgrywek na takie w których szybciej mogliśmy zmieniać się na boisku. Dawało to podwójne korzyści. Z jednej strony nikt nie czekał zbyt długo na swoją kolej a po drugie nie męczyliśmy się bardzo na boisku.Gdy wszyscy już zaznaczyli swoją obecność na korcie zaczęliśmy się zbierać do drogi na drugą stronę terenu szkoły, czyli do "sadku" gdzie mieliśmy rozpalić ognisko. Jako że była nas spora grupa głodnych sportowców żyjącymi jeszcze emocjami z boiska to i humory nam dopisywały i rozmowy bardzo głośne nie miały końca. Po dotarciu na wypatrzone miejsce zaczęło się zmierzchać więc szybko zaczęliśmy zbierać drzewo na ognisko. Jedni z nas przynosili chrust inni bardziej ambitni wielkie konary aż w końcu po ustawieniu pięknego spiczastego stosu odpaliliśmy nasze pierwsze w życiu ognisko. Ogień powoli ze środka stosu przeskakiwał na wyższe piętra aż po kilku minutach zajął całą jego powierzchnię. Rozpoczął się piękny ale zarazem niebezpieczny pokaz nieokiełznanej natury. Nikt nie myślał w tym czasie o kiełbasach schowanych w plecakach i torbach. Zapomnieliśmy o głodzie i pragnieniu. Z uśmiechem na twarzy wystawialiśmy w stronę ognia nasze spocone głowy żeby się osuszyć. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na niesamowity spektakl, który tak nas zauroczył, że nawet nie zauważyliśmy jak ogień z ogniska powoli przeskakuje na suchą trawę obok i powoli ale zdecydowanie zajmuje swoim zasięgiem coraz większą przestrzeń.  Nikt z nas nie zauważył jak zaczął się wspinać na sąsiednie drzewo po jego pniu i kierować się w górę korony. Aż w pewnej chwili sucha korona drzewa zajęła się cała ogniem rozświetlając sadek i jego okolice mocnym przerażającym światłem. Poderwaliśmy się ze strachem na równe nogi. Dookoła nas było widno jak w dzień. Zauważyliśmy biegnącego od strony "samochodówki" w naszym kierunku mężczyznę, który krzycząc coś przeraźliwie wymachiwał groźnie grabiami. Przerażeni ruszyliśmy biegiem w stronę cmentarza komunalnego przedzierając się przez gęstwinę sadu. Za nami między drzewami groźnie błyskał w naszą stronę wysoki na kilka metrów płomień z suchego drzewa jakby chciał się wspiąć ponad inne drzewa i krzyknąć: -"widzę was...nie uciekniecie!". Szybko przedostaliśmy się sobie znanymi skrótami na osiedle "Żytnia" skąd ciężko sapiąc i dysząc rozbiegliśmy się każdy w inną stronę bez pożegnania. Nie pamiętam jak szybko biegłem do bloku ale nie czekając na windę wbiegłem na swoje ostatnie piętro gdzie szybko schowałem się w pokoju. Próbując opanować nerwy i uspokoić oddech usłyszałem przez otwarte okno syreny wozów strażackich jadących do pożaru. Wyjrzałem przez okno z którego dokładnie widziałem jak "sikawki" jadą do naszego ogniska. Po kilku minutach ogień, który rozświetlał sad oraz niebieskie błyski bulajów znikły w ciemnościach a głosy syren ucichły powtarzając jeszcze chwilę echem swój alarm. Tego wieczora nie wychodziłem już z pokoju i w stroju osiedlowym pachnącym dymem z ogniska usnąłem na nieposłanym łóżku. Rano z wielkim niepokojem wszedłem do kuchni gdzie rodzice rozmawiali o wczorajszej akcji gaśniczej. Przysłuchując się uważnie dowiedziałem się, że ogień zaprószyli pewnie osiedlowi menele, którzy często w tym miejscu biwakowali, popijając tanie wina. Poza tym, że spłonęła sucha jabłonka to żadnych strat nie odnotowano " i całe szczęście " - pomyślałem. Rodzice przez cały czas naszego śniadania ciekawie przypatrywali mi się ale nic się nie odzywali. Po śniadaniu poszedłem do łazienki żeby umyć zęby i dopiero wtedy zobaczyłem, że moja twarz cała była brudna od popiołu z ogniska. To było pierwsze i ostatnie ognisko na naszym osiedlu...


C.D.N.

wtorek, 6 marca 2018

Krócej nie zawsze znaczy szybciej...czyli skrótem dookoła (Film, cz.6)

Po zapoznaniu się z nowymi ciekawymi miejscami na naszym wielkim osiedlu nabraliśmy apetytu na kolejne odkrycia i doszliśmy do wspólnego wniosku, że musimy jakoś sobie urozmaicić drogę do szkoły, która po 5 latach mogła się już wszystkim znudzić. Pięć dni w tygodniu ta sama trasa, czyli Marchlewskiego 200 metrów do Cmentarnej. Tam w prawo i kolejne 400 metrów, gdzie po ich przedreptaniu na skrzyżowaniu z 10-go lutego skręcało się w lewo żeby za 200 metrów dotrzeć na miejsce. N U D A !

Tradycyjna droga do szkoły :)
Dzisiaj Hołek powiedziałby "Dotarłeś do celu" ale wtedy nic nie powiedział bo nie było nawigacji, GPS'ów, telefonów komórkowych a nawet o mapę papierową było ciężko. Ale mimo, że nie dysponowaliśmy dzisiejszą techniką to jakoś docieraliśmy wszędzie nie zawsze na czas i nigdy się nie zgubiliśmy chyba, że tego bardzo chcieliśmy. Pomysł z nową ścieżką do "budy" wyglądał klawo i oczywiście znalazł się w naszym napiętym grafiku z terminem realizacji na najbliższą sobotę. Bazą wypadową tym razem miała być karuzela na której 4 miejscach siedzących zawsze mieściliśmy się wszyscy bez względu na ilość w jakiej występowaliśmy. Wypatrując upragnionej soboty w kalendarzu dzielnie dźwigaliśmy swoje plecaki idąc do szkoły ciekawie rozglądając się jak nigdy dotychczas na wszystkie strony w poszukiwaniu ukrytych ścieżek czy też niewidocznych alejek, którymi moglibyśmy podążać w sobotę.
Kartki z kalendarza wiszącego w kuchni szybko zamieniły się w 5 nowych kart mini książki kucharskiej, którą moja babcia skrupulatnie kolekcjonowała. Nie zbierała ich bez celu. Na każdej z tych kartek na jej odwrocie znajdował się inny przepis kulinarny, który babcia tylko sobie znanym cudownym sposobem zamieniała w smaczny obiad albo pyszny deser. Poza cudownymi kuchennymi rewolucjami kalendarz dostawał swoje drugie życie w zupełnie innym zawodzie. Upragniona sobota przywitała nas słonecznym blaskiem i wysokim poziomem adrenaliny, który dzięki niespożytej energii pchnął nas od razu do działania. Pomimo tego, że każdy z nas miał mieć inny plan, kierunek oraz sposób na pokonanie drogi do szkoły to nie wiadomo czemu wszyscy ruszyliśmy bez kłótni w tą samą stronę. Grupa nasza skierowała się po przejściu przez "sadek" na drugą stronę ulicy Marchlewskiego. Jakże by inaczej...najdłuższej w mieście. U nas wszystko było najwyższe, największe i najdłuższe. Ciekawe jaka będzie nowa droga do szkoły? Będąc na drugiej stronie naszej ulicy spojrzeliśmy na siebie bez słowa i zaczęliśmy iść z pewnymi obawami w kierunku gęsto zarośniętego krzakami i drzewami chyba starego sadu. Często w naszej okolicy napotykaliśmy takie miejsca przypominające swoimi drzewami owocowymi stare opuszczone i zaniedbane sady. Pewnie nasze 3 etapy osiedla powstały na ich dawnym terenie. Powoli i ostrożnie weszliśmy w ciemną gęstwinę. Zrobiło się tajemniczo i poczuliśmy się dość niepewnie. Dookoła nas z drzew zwisały aż do ziemi dzikie bluszcze. Gałęzie wysokich leszczyn i jabłonek przeplatały się nad naszymi głowami jak ręce ociemniałych ludzi szukających w ciemności po omacku drogi do słońca. Na naszych twarzach rysował się niepokój przeplatany lękiem gdy nisko bujające się na lekkim wietrze konary głaskały nas po głowach. Wszyscy mieliśmy ciarki na plecach i co chwilę rozglądaliśmy się wokół siebie nie chcąc zostać dotkniętym przez coś tajemniczego. Przygarbieni i ściśnięci do siebie przedzieraliśmy się ze strachem przez rozciągnięte między liśćmi pajęczyny ledwo odnajdując wydeptaną ścieżkę, która miała prowadzić do ogrodzenia ze szkołą średnią. Po długim i wyczerpującym spacerze przez chaszcze strzepując z siebie liście i wycierając twarze z pajęczyn dotarliśmy do siatki ogrodzeniowej. Była dla nas za wysoka aby móc ją przeskoczyć. Drzewa były za daleko żeby skorzystać z nich jak z drabiny. Podjęliśmy próbę znalezienia innej przeprawy. Idąc wzdłuż siatki napotkaliśmy dziurę, przez którą z łatwością lekko się garbiąc przedostaliśmy się na drugą stronę. Po wyjściu z dzikiego sadu przywitało nas radośnie słońce i od razu w drużynie poprawiły się nastroje i zaczęliśmy głośno rozmawiać na temat miejsca w którym się znaleźliśmy.

Dużo dłuższy skrót od tradycyjnej drogi do szkoły :)
Szliśmy dziarsko po betonowej drodze prowadzącej wzdłuż jakichś budynków, w którego otwartych oknach wisiały na sznurkach ubrania powiewając leniwie na wietrze. Doszliśmy do bardzo wysokiej siatki za którą zobaczyliśmy nic innego tylko kolejne korty tenisowe. Na asfaltowym boisku rozpięte były między słupkami siatki a na ich terenie nie było nikogo. Znaleźliśmy dziurę w ogrodzeniu i sprawdziliśmy teren boiska zaklepując go w pamięci jako kolejne miejsce do naszych zabaw. Poszliśmy dalej wzdłuż parterowego budynku i dotarliśmy do dużego placu gdzie stał jeszcze jeden budynek tym razem dwupiętrowy. Na ścianach tych budynków znaleźliśmy tablice, informujące, że są to szkoły zawodowe. Niski budynek należał do Technikum Samochodowego a wyższy po lewej stronie do Liceum Ekonomicznego. Były tam jeszcze boiska do koszykówki, piłki nożnej a zaraz za nimi  kolejny duży sad owocowy. Szykując się do dzisiejszej wyprawy nie spodziewaliśmy się otrzymać takiej dawki szczęścia. Korzystając z okazji, że była sobota i nikogo na terenie szkół nie było pozwiedzaliśmy jeszcze jakiś czas nasz nowy plener i ruszyliśmy wzdłuż "ekonomika" do widocznej z daleka drogi. Wiedzieliśmy, że jest tam jezdnia bo co jakiś czas przejeżdżał tamtędy samochód. Gdy doszliśmy okazało się, że stoimy na ul. Cmentarnej, która prowadzi nigdzie indziej tylko właśnie do naszej szkoły. Bardzo się ucieszyliśmy z nowego dużo dłuższego skrótu ale za to jak bardzo ciekawego. Pamiętając o odkrytych nowych kortach oraz sadzie owocowym na terenie szkół zawodowych umówiliśmy się, że następnym razem zorganizujemy turniej tenisowy a potem rozpalimy ognisko w sadku. Wszyscy oczywiście dali swoją aprobatę pomysłu. Od tamtej pory jako zasłużeni weterani wprawieni w boju oraz niezastąpieni osiedlowi odkrywcy do naszej szkoły chodziliśmy już tylko "na skróty"... nie zawsze krótsze i szybsze :)


C.D.N.

poniedziałek, 5 marca 2018

Na podbój 1000-lecia...czyli kolejne odkrycia...(Film cz.1)

Minęło pewnie kilka dni zanim zdążyliśmy nacieszyć się odkrytym "miasteczkiem rowerowym". Bywaliśmy tam dosłownie kilka razy dziennie z przerwami na posiłki. Bawiliśmy się tam niezmordowanie w "policjantów" i "złodziei" oraz wyścigi rowerowe na wytyczonych trasach.
Widok na miasteczko rowerowe
Ależ to była zabawa! Zasadzki i pościgi na terenie miasteczka gościły od rana do wieczora. Ale nadszedł taki dzień w którym padło pytanie:-" Co jest jeszcze dalej?" Nikt z nas przecież nie wybierał się samotnie w odległe dla nas zakamarki innych osiedli więc ciekawość nasza i tym razem dała górę nad zabawą. Wieczorem gdy zmęczeni po wcześniejszych wyścigach rozłożyliśmy się na chłodnej trawie naszego "sadku" jedząc zebrane z ziemi owoce, zaczęliśmy oczami wyobraźni opisywać kolejne nieodkryte jeszcze atrakcje nowych osiedli. Jedni widzieli na nowych terenach jeszcze wyższe wieżowce jakie dało się oglądać tylko na filmach. Drudzy wyobrażali sobie nowe osiedla z boiskami i basenami, które widzieliśmy tylko na terenie szkoły. Inni w odróżnieniu od pozostałych chcieli zobaczyć piękne place zabaw, na których byłoby mnóstwo kolorowych huśtawek, karuzel i olbrzymich piaskownic. Wszystko to miało się wyjaśnić już następnego dnia kiedy to zaplanowaliśmy na 8:30 wyprawę w nieznane. Głośny budzik zerwał mnie na równe nogi już o 8:00. Jak co dzień zarzuciłem na siebie obowiązkowy strój osiedlowy i po porannej higienie, śniadaniu które w locie zjadłem zbiegając po schodach byłem koło trzepaka już za kwadrans. Powoli koło mnie zjawiali się kolejni młodzi odkrywcy. Każdy z nas jak zwykle zaopatrzony w suchy prowiant i picie rzetelnie upchane a to w kieszonka a to w "listonoszkach" albo po prostu w szkolnych plecakach. Gdy wszyscy zjawili się na miejscu ruszyliśmy znaną już nam drogą w kierunku ul. Rynkowej za którą schowane było "miasteczko rowerowe".
Korty tenisowe 2 etap 1000-lecia
Ominęliśmy odkryte wcześniej miejsce i podążaliśmy dalej na północ. Przechodziliśmy wzdłuż wysokiego zielonego i gęstego żywopłotu gdy niespodziewanie zza niego dobiegły nas echem powtarzające się okrzyki:-"AUT!" , "NET!" , "SERWIS!". Przeszliśmy dookoła zielonego ogrodzenia i znaleźliśmy wejście. Ale furtka była zamknięta i nie mogliśmy wejść na teren kortu. Na furtce była niebieska tabliczka z godzinami otwarcia kortu oraz cennikiem.  Patrzyliśmy z zazdrością wczepieni palcami w wysoką siatkę i z przyciśniętymi policzkami do niej podziwialiśmy zagrania zawodników. Po kilkunastu minutach od strony budynku socjalnego zaczął w naszą stronę iść chłopak. Był naszego wzrostu i na oko w naszym wieku. Miał kręcone ciemne włosy i ubrany był na sportowo jakby zaraz miał wejść na boisko. Gdy zbliżył się do furtki rozpoznaliśmy w nim naszego rówieśnika z podstawówki z przeciwnej klasy. Zrobiło nam się nieswojo bo w głowach mieliśmy jeszcze zaciągnięty hamulec przed wszelkimi znajomościami osób z innych klas nie mówiąc już o międzyosiedlowych przyjaźniach. Przyjęliśmy na jego widok najgroźniejsze miny jakie mogliśmy sobie wyobrazić i układaliśmy w głowach "wiązanki" jakimi obsypiemy kolesia na powitanie. On podszedł pewnie do furtki, wyjął z kieszonki kluczyk, którym otworzył zamek. Otwierając drzwi z uśmiechem powiedział:_"Cześć! Chcecie popatrzeć od środka to wchodźcie!". Szczęki nam opadły, "wiązanki" uschły a na powitanie dostaliśmy wyciągniętą dłoń kolegi. "Czarek jestem, wchodźcie!". Przechodząc przez bramkę każdy przywitał się mówiąc swoje imię i uśmiechając się niepewnie. Czarek wskazał nam miejsce do siedzenia na ławce, która była tak blisko kortu, że mogliśmy dotknąć siatki. Niesamowite! Tutaj mieli korty tenisowe! A my nawet o nich tyle lat nie wiedzieliśmy. Spędziliśmy tam sporo czasu zadając nie kończące się pytania jak jest w jego klasie, jak się mieszka na osiedlu, czy jest w jakiejś bandzie osiedlowej itd, itd. W międzyczasie podawaliśmy piłeczki grającym zyskując ich sympatię i uznanie. W przerwach między "Gemami" jedliśmy nasz prowiant częstując wszystkim naszego nowego kolegę. Było nam bardzo dobrze. W końcu nadszedł czas końca meczu i powoli zaczęliśmy się zbierać w dalszą drogę. Jako, że mieliśmy już tubylca za kolegę poprosiliśmy go żeby pokazał nam swoje osiedle. Nie wiem czemu mieliśmy takie wrażenie jakby ten kort należał do niego. Może dlatego, że wychodzący gracze ściskali jego dłoń na pożegnanie? Czarek z widoczną radością zgodził się zostać naszym przewodnikiem i wręczając każdemu na pamiątkę zieloną piłeczkę tenisową ruszył przodem przed siebie. Prowadził nas osiedlem do złudzenia przypominającym nasze własne. Wszystko było w tych samych miejscach. Wieżowce, czteropiętrowce, place zabaw, parkingi, garaże tylko jakby trochę nowsze i ładniejsze. Szliśmy za nim odbijając bez przerwy o asfalt chodnika swoje piłeczki.


Trzymając się blisko naszego nowego kumpla doszliśmy do jednopiętrowego budynku który kształtem przypominał ósemkę. Był bardzo szeroki. Pewnie 2 razy szerszy od wieżowca ale kształt jego bardzo odbiegał od spójnego prostokąta. Cała jego potęga polegała chyba na tym, że składał się jakby z kilku przyklejonych do siebie budynków dzięki czemu oferował nam do zabawy mnóstwo swoich zakamarków i schowków. Na dodatek z drugiej swojej strony przywitał nas długimi schodami prowadzącymi na pierwsze piętro.


Wymarzone wprost miejsce do zabawy w chowanego! Mając taki asortyment budownictwa socjalistycznego do wykorzystania nie mogliśmy od razu z niego nie skorzystać. Szybką wyliczanką w stylu "wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy...." wylosowaliśmy spośród siebie  "kryjącego" i wskazując wszystkim miejsce do "zaklepywania" krzyknęliśmy chórem "Kryjesz!" po czym natychmiast rozbiegliśmy się po całym budynku mają do dyspozycji 30 sekund na znalezienie idealnej kryjówki. Bawiliśmy się w tym miejscu na zmianę się chowając i szukając. Wspaniała lokacja. Na pewno będziemy tutaj często wracać. I wracaliśmy...
Dzięki naszej drugiej wyprawie nie dość, że poznaliśmy nowego kolegę, poznaliśmy korty tenisowe, dostaliśmy super piłki tenisowe to na deser jeszcze to - nowy budynek do zabawy i to z jaką nazwą "C H E M I A".

C.D.N.

niedziela, 4 marca 2018

Słowo na niedzielę...czyli krótko o zmianach w blogu

Witam wszystkich stałych, odwiedzających od czasu do czasu oraz przyszłych czytelników mojego autorskiego bloga. Na wstępie podzielę się moją olbrzymią radością z tak dużego zainteresowania moimi opowieściami z przeszłości. Nie spodziewałem się, że w tak krótkim czasie zyskam grono stałych czytelników. Na pewno też przed rozpoczęciem spisywania moich wspomnień nie sądziłem, że opowiadania popłynął na inne kontynenty i trafią do odbiorców z innych krajów. Dziękuję pięknie wszystkim Wam, bez których nie było by sensu tego pomysłu realizować. Korzystając z okazji zwracam się do Was z prośbą do przekazywania informacji o moim projekcie w gronie swoich znajomych. Proszę również o Wasze komentarze, opinie oraz pomysły na opowiadania z Waszych wspomnień. Na chwilę obecną skupiłem się na własnej historii życia, którą codziennie odkurzam w swojej trochę już zawężonej pamięci. Dzisiaj już wiem na pewno, że nie będę spisywał wspomnień tylko i wyłącznie związanych z moimi domowymi zwierzakami. Tak jak przypuszczałem zbyt mało jest takich wydarzeń abym mógł z nich zbudować ciekawa opowieść. Zmiana będzie dotyczyła głównego wątku bloga wokół którego wszystko będzie się działo. Otóż moje opowiadania skupią się na wspomnieniach, wydarzeniach i przygodach ze wspólnego życia z moimi znajomymi z przeszłości. Nie skreślam absolutnie żadnej historii z moimi futrzakami. Będą się pojawiały sporadycznie a ich wizyta w opowiadaniu będzie miała zawsze bardzo ważne miejsce i istotne znaczenie. Specjalnie dla Waszej wygody w docieraniu do mojego bloga zamieściłem pod pierwszym postem pt."Tytułem wstępu" przycisk "OBSERWUJ". Kliknijcie na niego, żeby być na bieżąco z aktualnościami. Ponadto pod każdym postem znajdują się okienka waszych reakcji (zabawne, interesujące, fajne). Zaznaczając odpowiednie dacie mi znać jak na Was dany post wpłynął. W dniu dzisiejszym zostanie również zmieniona szata graficzna, która mam nadzieję i Wam przypadnie do gustu oraz lepiej będzie oddawała klimat mojego opowiadania. Na koniec muszę Was z góry przeprosić za wszystkie błędy stylistyczne oraz ortograficzne, które mogą pojawić się w tekście i poprosić o Waszą wyrozumiałość tłumacząc się tylko tym, że niekiedy post jest pisany w autobusie, pociągu czy samochodzie bardzo spontanicznie w chwili gdy jedna z klapek pamięci właśnie się otwiera a ja nie chcąc żeby wspomnienie znowu gdzieś znikło kopiuję je pospiesznie najwierniej jak potrafię właśnie tutaj. 
Z ciepłymi pozdrowieniami licząc na Waszą cierpliwość, zrozumienie oraz udział w moich opowieściach wracam do przeszłości...
                                                                                       

"Oczami nie tylko psa"
 ( Langusta )


C.D.N.

sobota, 3 marca 2018

Na podbój 1000-lecia...czyli pierwsze odkrycia

Dobrze się stało, że cwaniaczki stchórzyli bo po pierwsze my od tej pamiętnej chwili zostaliśmy bohaterami naszych osiedlowych koleżanek oraz młodszych kolegów, którzy z zazdrością podziwiali nasz arsenał dumnie eksponowany podczas osiedlowych przechadzek.
Każdy z nas mógł już oficjalnie jako zwycięzca w osiedlowej bitwie nosić bez "kitrania" pod koszulką swoją procę. Nosiliśmy je przeważnie włożone w tylną kieszonkę spodenek żeby nie przeszkadzała przy siadaniu na trzepaku. Po drugie poszła fama aż do 3 etapu osiedla 1000-lecia, że z nami się nie zadziera więc czuliśmy się niepokonani. A tak na marginesie odnieśliśmy zwycięstwo bez przelewu krwi, potu czy też wylanych łez. Nie ponieśliśmy również żadnych strat materialnych czy też ujmy na honorze w przeciwieństwie do "spenianych",którzy musieli chodzić kanałami.
MAPA 1 Etap 1000_lecia
Dla nas skończyło się już ściskanie na jednym osiedlu i przy jednej piaskownicy. Od teraz ruszamy na podbój północy. Będziemy poznawać nieodkryte jeszcze przez nas etapy największego osiedla w mieście. Zaczęliśmy nową przygodę w dalekim nieznanym świecie podwórek 1000-lecia. Nawet do głowy nam wtedy nie przychodziło, że już za niecałe 15 lat ruszymy wszyscy w swoją podróż. Podróż w dorosłe życie. Każdy w inną stronę. Dla większości z nas były to ostatnie lata wspólnych osiedlowych przygód. Przygód, które po latach z takim wzruszeniem będziemy wspominać. Do wyprawy w tę pierwsza podróż przygotowaliśmy się bardzo profesjonalnie bo na odprawie w piwnicznym klubie ustaliliśmy wspólnie co ze sobą zabieramy. Każdy miał wziąć ze sobą suchy prowiant i coś do picia. Ja ze sobą zabrałem skórzaną "listonoszkę", której używał w szkole mój tata. W środku oczywiście harcerska manierka z herbatą a w papierowej torebce kilka kanapek z twarogiem i pomidorem. Ale miałem coś jeszcze.
Miałem cały wagon czyli 10 sztuk gum "DONALD", które dostałem rano od babci. Nie wiem skąd ona je miała bo towar był mocno w tamtych czasach deficytowy. W miejscu spotkania czyli przy trzepaku zebrało się nas 15 osób gotowych do drogi. Każdy miał coś na ząb więc postanowiliśmy, że zjemy tutaj wszystko żeby było nam lżej iść. Gdy znikły nasze zapasy pomyślałem, że podzielę się gumami z resztą towarzyszy podróży. Wyjąłem z torby 8 gum, które po ceremonii rozpieczętowania oraz obejrzeniu historyjek połamaliśmy na połówki, żeby każdy dostał swoją część. Było nas 15 osób więc ja jako główny sponsor dostałem całą gumę a reszta uczciwie podzieliła się połówkami. Mlaskając i żując towar z pod lady udaliśmy się w świetnych nastrojach jak mali "Kolumbowie" na wyprawę odkrywczą. Naszą wycieczkę w nieznane rozpoczęliśmy od najbliższego nam osiedla, które zaczynało się na ul. Rynkowej a kończyło niewidzialną granicą, którą wytyczała ulica Jagiełły. Byliśmy wtedy dumni z tego, że mieszkamy na największym osiedlu miasta bo zajmującym ponad 15 ha powierzchni. Mieszkaliśmy wszyscy w takich samych mieszkaniach wybudowanych z wielkiej płyty i mieliśmy do dyspozycji ówcześnie najnowocześniejsze 10-cio piętrowe wieżowce, w których woziły nas bez wytchnienia 6-cio osobowe windy. To było coś! Ale było coś czego nie mieliśmy. Nie mieliśmy wiedzy jak jest na innych etapach. W tym dniu nasze wyobrażenie o "nieznanym" zmieniło na zawsze swoje dotychczasowe znaczenie.
Ruszyliśmy więc naszą grupą w kierunku pawilonu handlowego "MERKURY",  który stał na granicy naszych osiedli. Był to sklep wielobranżowy który w swoim zakresie miał szeroko pojęty handel detaliczny towarami przemysłowymi. W środku można było zacerować pończochy, kupić dywan, naprawić zegarek, ubrać się w strój sportowy, sprawić sobie nowe opony do składaka "Wigry-4", zafundować sobie nowe firany i zasłony na okna, z metra uciąć materiał na nową garsonkę, a nawet umeblować mieszkanie.
Aha oczywiście nie można zapomnieć o najlepiej w mieście zaopatrzonym dziale szkolnym, na którego półkach wszystkimi kolorami tęczy kusiły wspaniałe piórniki, pachniały zapachowe gumki, zwisały papiery kolorowe a pod szklaną ladą czekały na zakup flamastry i kredki. Wszystko takie inne niż nasza rzeczywistość. To prawda...inne bo przeważająca większość tych rzeczy pochodziła z Chin, które zaopatrywały nasz kraj w tego typu "gadżety" ale i wiele innych w ramach wymian handlowych. Minęliśmy budynek sklepu prawą jego stroną i znaleźliśmy się na jego zapleczu. Nic ciekawego ponad to, że mogliśmy zobaczyć jak wygląda magazyn Merkurego od środka przez uchylone drzwi z powodu upału. Ale gdy wzrokiem sięgnęliśmy dalej naszym oczom ukazał się widok niespotykany i niebywały. Znajdował się tam duży plac, na którym było mnóstwo uliczek, alejek przecinających się ze sobą i tak gęsto utkanych, że aż zrobiło nam się duszno na sam ten widok. Przy każdym przecięciu się tych ścieżek pokrytych asfaltem były namalowane pasy jak przejścia dla pieszych wszędzie było mnóstwo znaków drogowych i krawężników. Po lewej stronie nawet była asfaltowa górka. Pobiegliśmy w tę stronę i zobaczyliśmy tablicę z napisem " Miasteczko rowerowe "// Dzisiejsze miasteczko rowerowe//. To było nie w porządku! "Jak tak mogło się stać, że my takiego fajnego miasteczka u siebie nie mamy?" Z żalem mówiły dziewczyny. "Może jeszcze nam wybudują?" - ze spokojem sobie to tłumaczyliśmy.


Ale czym dłużej spacerowaliśmy po rozgrzanym asfalcie tym coraz większej ochoty nabieraliśmy na to żeby pędem wracać do domu po rowery i natychmiast przetestować nowy obiekt. Zapomnieliśmy po chwili o naszych żalach z powodu braku miasteczka na naszym osiedlu i jak błyskawice pobiegliśmy po nasze rowery. Nowe odkrycie zaowocowało tym, że mieliśmy kolejną atrakcję do dyspozycji i tak w niewąskim wachlarzu zajęć osiedlowych. Po powrocie jeździliśmy po nowym terenie aż do zmierzchu...albo nawet dłużej :)

C.D.N.