Po zapoznaniu się z nowymi ciekawymi miejscami na naszym wielkim osiedlu nabraliśmy apetytu na kolejne odkrycia i doszliśmy do wspólnego wniosku, że musimy jakoś sobie urozmaicić drogę do szkoły, która po 5 latach mogła się już wszystkim znudzić. Pięć dni w tygodniu ta sama trasa, czyli Marchlewskiego 200 metrów do Cmentarnej. Tam w prawo i kolejne 400 metrów, gdzie po ich przedreptaniu na skrzyżowaniu z 10-go lutego skręcało się w lewo żeby za 200 metrów dotrzeć na miejsce. N U D A !
 |
| Tradycyjna droga do szkoły :) |
Dzisiaj Hołek powiedziałby "Dotarłeś do celu" ale wtedy nic nie powiedział bo nie było nawigacji, GPS'ów, telefonów komórkowych a nawet o mapę papierową było ciężko. Ale mimo, że nie dysponowaliśmy dzisiejszą techniką to jakoś docieraliśmy wszędzie nie zawsze na czas i nigdy się nie zgubiliśmy chyba, że tego bardzo chcieliśmy. Pomysł z nową ścieżką do "budy" wyglądał klawo i oczywiście znalazł się w naszym napiętym grafiku z terminem realizacji na najbliższą sobotę. Bazą wypadową tym razem miała być karuzela na której 4 miejscach siedzących zawsze mieściliśmy się wszyscy bez względu na ilość w jakiej występowaliśmy. Wypatrując upragnionej soboty w kalendarzu dzielnie dźwigaliśmy swoje plecaki idąc do szkoły ciekawie rozglądając się jak nigdy dotychczas na wszystkie strony w poszukiwaniu ukrytych ścieżek czy też niewidocznych alejek, którymi moglibyśmy podążać w sobotę.

Kartki z kalendarza wiszącego w kuchni szybko zamieniły się w 5 nowych kart mini książki kucharskiej, którą moja babcia skrupulatnie kolekcjonowała. Nie zbierała ich bez celu. Na każdej z tych kartek na jej odwrocie znajdował się inny przepis kulinarny, który babcia tylko sobie znanym cudownym sposobem zamieniała w smaczny obiad albo pyszny deser. Poza cudownymi kuchennymi rewolucjami kalendarz dostawał swoje drugie życie w zupełnie innym zawodzie. Upragniona sobota przywitała nas słonecznym blaskiem i wysokim poziomem adrenaliny, który dzięki niespożytej energii pchnął nas od razu do działania. Pomimo tego, że każdy z nas miał mieć inny plan, kierunek oraz sposób na pokonanie drogi do szkoły to nie wiadomo czemu wszyscy ruszyliśmy bez kłótni w tą samą stronę. Grupa nasza skierowała się po przejściu przez "sadek" na drugą stronę ulicy Marchlewskiego. Jakże by inaczej...najdłuższej w mieście. U nas wszystko było najwyższe, największe i najdłuższe. Ciekawe jaka będzie nowa droga do szkoły? Będąc na drugiej stronie naszej ulicy spojrzeliśmy na siebie bez słowa i zaczęliśmy iść z pewnymi obawami w kierunku gęsto zarośniętego krzakami i drzewami chyba starego sadu. Często w naszej okolicy napotykaliśmy takie miejsca przypominające swoimi drzewami owocowymi stare opuszczone i zaniedbane sady. Pewnie nasze 3 etapy osiedla powstały na ich dawnym terenie. Powoli i ostrożnie weszliśmy w ciemną gęstwinę. Zrobiło się tajemniczo i poczuliśmy się dość niepewnie. Dookoła nas z drzew zwisały aż do ziemi dzikie bluszcze. Gałęzie wysokich leszczyn i jabłonek przeplatały się nad naszymi głowami jak ręce ociemniałych ludzi szukających w ciemności po omacku drogi do słońca. Na naszych twarzach rysował się niepokój przeplatany lękiem gdy nisko bujające się na lekkim wietrze konary głaskały nas po głowach. Wszyscy mieliśmy ciarki na plecach i co chwilę rozglądaliśmy się wokół siebie nie chcąc zostać dotkniętym przez coś tajemniczego. Przygarbieni i ściśnięci do siebie przedzieraliśmy się ze strachem przez rozciągnięte między liśćmi pajęczyny ledwo odnajdując wydeptaną ścieżkę, która miała prowadzić do ogrodzenia ze szkołą średnią. Po długim i wyczerpującym spacerze przez chaszcze strzepując z siebie liście i wycierając twarze z pajęczyn dotarliśmy do siatki ogrodzeniowej. Była dla nas za wysoka aby móc ją przeskoczyć. Drzewa były za daleko żeby skorzystać z nich jak z drabiny. Podjęliśmy próbę znalezienia innej przeprawy. Idąc wzdłuż siatki napotkaliśmy dziurę, przez którą z łatwością lekko się garbiąc przedostaliśmy się na drugą stronę. Po wyjściu z dzikiego sadu przywitało nas radośnie słońce i od razu w drużynie poprawiły się nastroje i zaczęliśmy głośno rozmawiać na temat miejsca w którym się znaleźliśmy.
 |
| Dużo dłuższy skrót od tradycyjnej drogi do szkoły :) |
Szliśmy dziarsko po betonowej drodze prowadzącej wzdłuż jakichś budynków, w którego otwartych oknach wisiały na sznurkach ubrania powiewając leniwie na wietrze. Doszliśmy do bardzo wysokiej siatki za którą zobaczyliśmy nic innego tylko kolejne korty tenisowe. Na asfaltowym boisku rozpięte były między słupkami siatki a na ich terenie nie było nikogo. Znaleźliśmy dziurę w ogrodzeniu i sprawdziliśmy teren boiska zaklepując go w pamięci jako kolejne miejsce do naszych zabaw. Poszliśmy dalej wzdłuż parterowego budynku i dotarliśmy do dużego placu gdzie stał jeszcze jeden budynek tym razem dwupiętrowy. Na ścianach tych budynków znaleźliśmy tablice, informujące, że są to szkoły zawodowe. Niski budynek należał do Technikum Samochodowego a wyższy po lewej stronie do Liceum Ekonomicznego. Były tam jeszcze boiska do koszykówki, piłki nożnej a zaraz za nimi kolejny duży sad owocowy. Szykując się do dzisiejszej wyprawy nie spodziewaliśmy się otrzymać takiej dawki szczęścia. Korzystając z okazji, że była sobota i nikogo na terenie szkół nie było pozwiedzaliśmy jeszcze jakiś czas nasz nowy plener i ruszyliśmy wzdłuż "ekonomika" do widocznej z daleka drogi. Wiedzieliśmy, że jest tam jezdnia bo co jakiś czas przejeżdżał tamtędy samochód. Gdy doszliśmy okazało się, że stoimy na ul. Cmentarnej, która prowadzi nigdzie indziej tylko właśnie do naszej szkoły. Bardzo się ucieszyliśmy z nowego dużo dłuższego skrótu ale za to jak bardzo ciekawego. Pamiętając o odkrytych nowych kortach oraz sadzie owocowym na terenie szkół zawodowych umówiliśmy się, że następnym razem zorganizujemy turniej tenisowy a potem rozpalimy ognisko w sadku. Wszyscy oczywiście dali swoją aprobatę pomysłu. Od tamtej pory jako zasłużeni weterani wprawieni w boju oraz niezastąpieni osiedlowi odkrywcy do naszej szkoły chodziliśmy już tylko "na skróty"... nie zawsze krótsze i szybsze :)
C.D.N.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz