Moja lista blogów

piątek, 6 kwietnia 2018

Wakacji czas...czyli na kolonie do Serpelic (Film, cz.10)

Spakowałem swoją walizkę w niecałą godzinę i przed 16:00 stałem już gotowy przy "Maluszku" taty. Nasz "Maluch" bo tak zdrobniale nazywano Fiata 126 P to było auto, które zjeździło pół Europy. Dzisiaj jest to nie do wyobrażenia ale w tamtych czasach ten wehikuł potrafił zmieścić w sobie 4 osoby z bagażami, na dachowym bagażniku 2 kanistry 20-to litrowe z benzyną na zapas oraz 2 torby z towarem na handel. Nieeeee to nie koniec. Po wyjęciu koła zapasowego z bagażnika wkładało się jeszcze namiot, materace i leżaki z turystycznym stolikiem. O teraz prawie wszystko.


Maluch wyglądał jak przeładowany dromader przygotowany do wyprawy przez pustynię. Tak zapakowany "fiacik" często jechał parę tysięcy kilometrów jadąc przez ZSRR, Czechosłowację, Węgry, Jugosławię do Włochy po to tylko żeby kupowane wcześniej produkty sprzedawać we Włoszech z zarobkiem.


W drodze powrotnej najczęściej robiło się zakupy na Węgrzech, które mimo swojego ciężkiego komunistycznego jarzma jakie dźwigało podobnie do Polski miało lepsze towary, których nam brakowało. I tak przez wiele lat "maluszki" jak mrówki zarabiały na swoje i nasze utrzymanie dzięki "turystyce ekonomicznej". Dzisiaj nasz "maluch" miał zawieść mnie nie aż tak daleko ale za to w bardzo ważną dla mnie podróż. Na moje wymarzone wakacyjne kolonie letnie do Serpelic. Wyruszyliśmy w drogę o 16:00, czyli  punktualnie  jak w "szwajcarskim zegarku" jak mawiał mój tato. Miał też inne swoje powiedzenie "pchły po stole chodzą ale porządek musi być!" i co by ono miało nie znaczyć to ja zapiąłem pasy bezpieczeństwa i przykleiłem nos do szyby żeby podziwiać nowe miejsca i widoki. Niedalekie miejscowości przez nas mijane już poznałem wcześniej z weekendowych wypadów do lasów na grzyby czy też pikniki. Najśmieszniejszą dla mnie nazwą miasta jaką napotkaliśmy po drodze były Mordy. Tato jakby zrozumiał moje skojarzenie, które miałem na myśli dodał od siebie "...o w mordę ale jazda! ..." i razem parsknęliśmy śmiechem. Droga szybko minęła. Pewnie dzięki temu, że cały czas mijaliśmy nowe nieznane mi miejsca i mogłem cieszyć oczy pięknymi widokami.


 Było trochę po 17:00 gdy wjechaliśmy do wsi Kózki. Ha ha! Ale nazwa! Nieźle się zaczyna moja wakacyjna przygoda. I znowu jakby tato czytał w moich myślach wyrecytował razem ze mną "żeby kózka nie skakała to by nóżki nie złamała!" spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem a ja pomyślałem sobie w jednej chwili, że chyba już zaczynam tęsknić za moim ojcem. Uwielbiałem jego żarty i zawsze wielki dystans do siebie i pewnych spraw, które niektórzy wyolbrzymiali. Tato po prostu mówił "..nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło..." I tak dzięki jego naturze i wewnętrznemu spokojowi oprócz tego, że był zawsze moim wspaniałym ojcem to na zawsze już został moim najlepszym przyjacielem oraz wzorem do naśladowania, za którym tęsknię do dzisiaj. Na głównym i chyba jedynym skrzyżowaniu w Kózkach skręciliśmy zgodnie z drogowskazem w prawo po czym wjechaliśmy w wąską asfaltową drogę, którą spowijał z obu stron gęsty piękny i ciemny las.


Ale to robiło wrażenie! Po obydwu stronach ciągnęły się bez końca ogrodzone siatką ośrodki wypoczynkowe różnych zakładów pracy. Mijaliśmy ośrodki wczasowe znanych z Siedlec zakładów: "Karo", "Stalchemak", "Polmozbyt", "PKP", "PKO" i wiele innych. Dech zapierało mi w piersiach na sam widok tego tajemniczego miejsca. Gdy pomyślałem sobie, że spędzę w takim otoczeniu dwa tygodnie to aż mrówki przebiegły mi po plecach. Jechaliśmy wolnym tempem jeszcze kilka minut do miejsca gdzie las się przerzedził a ja zauważyłem tablicę informującą o zabytkowym kościele w Serpelicach.
To chyba tutaj "pomyślałem" i jeszcze bardziej przycisnąłem nos do szyby ,żeby niczego nie przeoczyć. Bardzo wolno kluczyliśmy tak naprawdę pomiędzy wczasowiczami, którzy idąc środkiem ulicy w radosnych nastrojach przechadzali się między ośrodkami a leśnymi barami, których było co nie miara na naszej drodze. Mimo wczesnej pory w niektórych ośrodkach rozbrzmiewała już głośna muzyka dyskotekowa zapraszając na swoje wieczorne potańcówki przy przebojach lat 80-tych. Słychać było po lesie płynącą "Nie rycz mała nie rycz", "Córkę rybaka", czy też inne szlagiery z zachodu takich kapel jak Modern Talking, CC Catch, Kim Wilde. Z głośników echem po lesie niosło zapowiedzi prowadzących dancingi o godzinie rozpoczęcia imprezy tanecznej oraz o grach i zabawach dla dzieci i młodzieży a także o jakichś konkursach z nagrodami. Ale atmosfera! Tego u nas w mieście nie miałem okazji doświadczyć.


Małą próbkę takich imprez miałem okazję na własnej skórze przeżyć tylko na klasowych dyskotekach lub rzadko organizowanych dyskotekach szkolnych. Ahhh...dyskoteki.... Byłem ich nie koronowanym królem. Królem tańców "przytulańców". Mimo, że zawsze początki były typowo siłowe. Dlatego siłowe lub wysiłkowe-jak kto woli, bo ciężko wszyscy pracowali nad tym żeby ściany sali gimnastycznej nie runęły podtrzymując i podpierając je mocno plecami. Mimo usilnych zaproszeń Didżeja do skocznych rytmów zachodnich przebojów Sandry i Sabriny oraz konkursów pt." Panie proszą Panów" i na odwrót nikt nie zostawił ścian bez pomocnych pleców. Ale...do czasu! Do czasu gdy w głośnikach zabrzmiały wolne i namiętne ballady taneczne między innymi takich wykonawców jak Patrick Swayze "She's Like The Wind" czy Savage ze swoim "Don't Cry Tonight" albo pięknej Jennifer Rush w utwórze "Power of love". Słysząc te nastrojowe nuty nikt nie myślał o zawaleniu się ścian sali. Wszyscy fachowcy budowlani i strażnicy swojego kawałka podłogi ruszyli biegiem na środek w locie szukając swoich wybranek do zarzucenia im rąk na szyi. Nasze koleżanki niby to zajęte rozmową spoglądały ciekawie na cele podążające w ich kierunku. Często w takim wyścigu dochodziło do potknięć, wywrotek oraz innych zdarzeń z dziedziny kolizji drogowych nie wspominając już o celowym eliminowaniu konkurencji w drodze do wybranki. Pojawiały się wtedy zestawy eliminacyjne w postaci podstawiania nogi, popychania w celu wyrzucenia kontrahenta ze wspólnego toru lotu w tym samym kierunku a także odwróconej katapulty czyli tak silnego pociągnięcia za tył swetra aby przeciwnik w locie znalazł się za nami. Cóż wszystkie chwyty były dozwolone w drodze do partnerki a zgodnie z maksymą "wojna to wojna straty muszą być" bez większych oporów dążyliśmy do celu. Po takim krwawym wyścigu pozostało już tylko tym, którzy wylądowali przed swoją wybranką twarzą w twarz grzecznie się ukłonić i mimo bólu w biodrze, sińca pod okiem i rozerwanego na plecach swetra z Turcji rozpocząć rytmiczny balans ciał. Oooo taaaak! W tym byłem dobry. Mam nadzieję, że w Serpelicach też będą dyskoteki. No a jak dyskoteki to pewnie i będą dziewczyny. Z moich dyskotekowych wizji i marzeń wyrwał mnie nieprzyjemny pisk hamulców "maluszka". Ocknąłem się szybko i rozejrzałem dookoła samochodu. Ale nie zobaczyłem żadnej przyczyny tak ostrego hamowania. Szybko dotarły do mnie słowa taty, który chyba kolejny raz powtarzał " No, jesteśmy na miejscu ". Wyszedłem z auta i przeczytałem na tablicy budynku napis " Szkoła Podstawowa w Serpelicach".


Cooooo??? Szkoooooła??? Ze szkoły do szkoły? A gdzie te kolonie obiecane? Zrobiło mi się słabo...To chyba kolejny żart mojego taty pomyślałem sobie i spojrzałem z lekkim uśmiechem na niego. Na pewno chciał się odgryźć za moją tróję z matmy i to się mu udało. Pewnie zaraz wsiądziemy do samochodu i wrócimy do domu. A ja tak wierzyłem w te kolonie...w te dyskoteki...w te leśne wycieczki. Tato spojrzał w moją stronę i widząc strach w moich oczach uśmiechnął się i powiedział " No to za dobrą naukę masz jeszcze 2 tygodnie dodatkowych zajęć w tej szkole na korepetycje z matematyki z najlepszymi uczniami wojewódzctwa". Po czym roześmiał się na cały głos. Nie było mi do śmiechu ale tato znany ze swoich dowcipów szybko wyjaśnił, że w budynku szkolnym będziemy nocować w czasie kolonii. Kamień spadł mi z serca i to centralnie na lewą nogę bo przechodząc przez furtkę potknąłem się z wrażenia o krawężnik i z bólem stopy, kuśtykając dumnie wszedłem na teren szkoły... tzn. na teren kolonii. Tato szedł za mną z moją wielką skórzaną walizką trzymając mnie za ramię jak swojego godnego przedstawiciela. W drzwiach szkoły, na których wywieszona była karta z napisem "Kolonie letnie - organizator ZHP Łosice, stała ubrana w mundur harcerski z granatowym sznurem na lewym ramieniu kobieta, która na nasz widok zasalutowała po czym podając najpierw tacie a potem mi na przywitanie rękę przedstawiła się "Jestem Drużynowa Joanna! Witam na naszym obozie kolonijnym w Serpelicach!" Ciarki mi przeszły po plecach. Jaki obóz? Jaki harcerski? Ja nawet nie wziąłem mundurka swojego...o co tu chodzi? Kurczaki to ja za karę zamiast na kolonie to trafiłem do obozu??? Zastępowa wzięła od taty walizkę a do mnie powiedziała "pożegnaj się tutaj z tatusiem i chodź za mną pokaże ci twoją grupę" Dostałem od taty buziaka w czoło i jeszcze kilka dobrych rad na ucho, których nie słyszałem wcale z powodu mojej ekstytacji, po czym jak Zombie ruszyłem krok w krok za moją zastępową Joanną. Dziwne to uczucie znaleźć się w środku szkoły podobnej do mojej i to jeszcze na domiar złego w środku wakacji. Brrrr! Szliśmy parterowym korytarzem identycznym jak w mojej "czwórce" do samego jego końca. Tam znajdowała się sala lekcyjna od której drzwi były lekko uchylone i można było usłyszeć dobiegające ze środka głosy rozmów. Joanna otworzyła drzwi na oścież i donośnym głosem podała komendę "Powstań drużyna! Baczność! Przywitajcie nowego kolegę z Siedlec". Położyła moją walizkę na nie zajętym jeszcze łóżku polowym i powiedziała do reszty "To jest Maciej i będzie w naszej drużynie...powiedzcie mu wszystko o regulaminie i nie zapomnijcie nauczyć się na godzinę 20:00 hymnu harcerskiego...będziemy go śpiewać 2 racy dziennie! Na apelu porannym i wieczornym! Nie chcę się na Was zawieść bo jesteście moją i to znaczy najlepszą drużyną!. Spocznij! Macie teraz czas wolny!" Uśmiechnęła się do nas życzliwie i jej twarz nabrała zupełnie innego blasku. Z tej surowej i srogiej drużynowej zmieniła się w anioła o blond włosach, radosnym uśmiechu ozdobionym pięknymi białymi zębami i szafirowych oczach, które w jednym czasie nabrały innego zupełnie blasku. Do ręki wcisnęła mi kartkę z maszynopisem pt. " Wszystko co nasze - hymn harcerski autor Ignacy Kozielewski" mówiąc "do wieczora chłopaki i powodzenia w nauce hymnu!". Po czym jeszcze raz się uśmiechnęła i krzyknęła "Czołem drużyna! " i nie czekając na nasze "Czołem drużynowo!", wyszła sprężystym krokiem z sali machając wesoło swoim blond warkoczem wystającym spod beretu jakby na pożegnanie. Moi nowi koledzy obsiedli mnie dookoła mówiąc jeden przez drugiego skąd pochodzą, gdzie pracują ich rodzice, jak mają na imiona i jeszcze o wiele więcej informacji od których rozbolała mnie głowa. Wyciągnąłem ręce nad głową i siłą bezwładności upadłem na swoje łóżko plecami patrząc w sufit. Chłopcy ucichli zaniepokojeni i spytali czy nic mi nie jest. Ja chwilę leżąc ze wzrokiem wbitym w sufit cichym głosem odpowiedziałem "Nawet nie wiecie jak bardzo jestem szczęśliwy, że tutaj przyjechałem" Zaraz potem zaczęliśmy od nowa opowiadać sobie wszystko po kolei w międzyczasie ucząc się słów hymnu:

"Wszystko co nasze Polsce oddamy,
w niej tylko życie, więc idziem żyć,
świty się bielą, otwórzmy bramy.
Rozkaz wydany: Wstań! W słońce idź!

Ramię pręż, słabość krusz,
ducha tęż ojczyźnie miłej służ!
Na Jej zew w bój czy w trud,
pójdzie rad harcerzy polskich ród!
harcerzy polskich ród..."

Moi kumple z drużyny wyjaśnili też, że to nie jest typowy obóz harcerski tylko kolonie na których naszymi dodatkowymi opiekunami będą też harcerze z okolicznych hufców. Dzięki nim będziemy brać udział w "podchodach leśnych", nauczymy się topografii z kompasem w terenie otwartym i czytania map. Zdobędziemy wprawę w podstawowym ratownictwie medycznym i jeszcze wiele atrakcji o których jeszcze nie słyszeli.


Dzięki nie mającym końca rozmowom nawet nie spostrzegliśmy jak wybiła pora kolacji a zaraz po niej apel wieczorny, na którym tłumnie się zebraliśmy. Do tej chwili myślałem, że moja grupa to jedyna na koloniach a okazało się zupełnie inaczej. Ustawialiśmy się niezdarnie w kolumny wywoływani przez swoich drużynowych. Zobaczyłem w tłumie ludzi swoją blond Joannę i pobiegłem w jej stronę. Gdy byliśmy już wszyscy koło niej ustawiła nas w dwuszeregu według wzrostu frontem do masztu z biało-czerwoną flagą. Dopiero wtedy zauważyłem, że jest nas duuuużo więcej. Było 6 drużyn z których każda liczyła około 12 osób. Były 3 drużyny dziewczyn i 3 drużyny chłopaków. Super! Pewnie będą dyskoteki! Na czele każdej drużyny stali drużynowi oraz panie opiekunki. W pewnym momencie cały gwar zebranych na placu apelowym dzieciaków został uciszony głośną komendą "Baczność! Do hymnu!" Z setki gardeł popłynął piękny, podszyty dumą i chwałą hymn harcerski. Wpatrzeni w falującą na wietrze flagę Polski deklamowaliśmy melodyjnie i z namaszczeniem słowa wiersza Ignacego Kozielewskiego. Czułem się wyjątkowo i bardzo uroczyście. Chwila pieśni, przez którą oddawaliśmy cześć i pamięć poległym harcerzom oraz wyraz naszej wspólnej więzi mocno nas jednoczyła i zbliżała do siebie. Czuliśmy wielką dumę z tego, że możemy razem być tu i teraz. Po hymnie Komendant kolonii odczytywał plan kolejnego dnia. W skrócie też opisał jakie atrakcje na nas czekają w ciągu tych 2 tygodni pobytu w Serpelicach. Miały być wycieczki do stadniny koni w Janowie Podlaskim, spływ kajakami po Bugu, wycieczki po lesie, zawody sportowe i wiele wiele innych. Atrakcji było bez liku. Do dyspozycji mieliśmy salę sportową ze stołami do ping ponga, boisko do kosza i piłki nożnej a co drugi dzień jeździliśmy na basen odkryty w Serpelicach w ośrodku wypoczynkowym. Ku mojej uciesze okazało się, że dzisiaj wieczorem odbędzie się dyskoteka integracyjna wszystkich drużyn z okazji rozpoczęcia kolonii. A jednaaaak! Będzie disco - będzie wszystko!!! Obiecałem sobie tylko jedno na ten wieczór. W związku z tym, że budynek wydawał się być solidną konstrukcją postanowiłem nie podpierać ścian od środka na zabawie tanecznej...

wtorek, 3 kwietnia 2018

Pierwszy dzień wakacji...czyli rozliczenie roku szkolnego (Film, cz.9)

Zakończenie roku szkolnego 1985/1986 trwało około 2 godzin więc w domu byłem już przed 10:00.  Wszedłem od razu do swojego pokoju żeby zdjąć z siebie ten niewygodny garnitur, który mimo swojej elegancji nie był na pewno do noszenia na co dzień. W mieszkaniu była tylko babcia, która gdy tylko mnie zobaczyła pobiegła do swojego pokoju i chwilę czegoś szukała w szufladzie. Po chwili podeszła do mnie i z uśmiechem od ucha do ucha wręczyła mi jednego "waryńskiego" całując mnie w policzek i gratulując zakończenia nauki. Oczy mi nie mało wypadły z orbit jak zobaczyłem taaaaki banknot. "Stówa to kupa pieniędzy" - pomyślałem.
Uwiesiłem się na szyi babci i serdecznie podziękowałem. Babcia dodała jeszcze żebym sobie je schował i zabrał ze sobą na wakacje. Słucham? Mam zabrać ze sobą na wakacje? Na jakie wakacje? Przecież pewnie nigdzie nie wyjadę za tę tróję z matmy a stówy nigdzie nie wydam jak będę siedział w domu. Spróbowałem babcię podpytać o jakich wakacjach dla mnie myślała. Poszedłem do kuchni gdzie babcia Stasia przygotowywała obiad. Niby to od niechcenia zagadałem co będzie na obiad i bez żadnych ogródek jak gdyby nigdy nic spytałem: - "a kiedy ruszamy na wakacje babciu?" Stasia zajęta mieszaniem zupy chyba dała się złapać na tak bezpośrednio zadane pytanie, bo powiedziała wprost: -"nie ruszamy tylko ty ruszasz sam na wakacje....hmmmm....no chyba mówił ci tato?" Spojrzała na mnie trochę zaniepokojona ale było już za późno! Ha ha ha! Babcia się wygadała! Mój plan się powiódł! Skinąłem w stronę babci niby to na potwierdzenie jej pytania i niepostrzeżenie wymknąłem się na podwórko pochwalić się kolegom wyjazdem. Biegłem jak wariat w dół po schodach skacząc co 6 stopni. Właściwie nie biegłem tylko frunąłem trzymając w kieszeni jeszcze nie używaną stówę a w głowie już układałem sobie plan mojego wyjazdu. Ależ byłem szczęśliwy! Na podwórku panował ruch jak co dzień. Nikt z naszej "osiedlowej bandy" póki co nigdzie jeszcze nie wyjechał więc mogliśmy siedząc na karuzeli rozprawiać kto i gdzie wyjeżdża w wakacje. Jedni wyjeżdżali na wieś do swoich dziadków gdzie spędzali czas aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Opowiadali jak to będą jeździć na dziadka "komarku", pływać w stawie na łące a wieczorem palić ognisko i siedzieć przy nim aż do późnej nocy z braćmi i siostrami jedząc pieczone kiełbaski i ziemniaki. Po ognisku obowiązkowo spanie na sianie. No bo gdzieżby indziej było tak fajnie? No chyba, że na strychu gdzie na czas wakacji była robiona dodatkowa sypialnia dla dzieci. Inni cieszyli się na wyjazd z rodzicami nad morze, którego jeszcze nie widzieli na żywo. Zresztą tak jak większość z nas. Snuli więc swoje opowieści utkane marzeniami jak to będą nurkować w masce i z rurką podziwiając morskie dno i ich mieszkańców.
Wszyscy wzdychaliśmy na samą myśl o takiej przygodzie. Widzieliśmy tylko na filmach jak piękne jest morze od środka. Kolorowe ryby, chowające się w morskiej roślinności która  mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, śnieżnobiałe plaże na których wygrzewali się wczasowicze i gorące promienie słońca, które z błękitnego nieba spływały na cały ten piękny pejzaż. Nie wiedzieliśmy tego, że nasz Bałtyk różni się i to bardzo od tych wód oceanicznych w których flora morska jest o wiele bogatsza od naszej rodzimej a i temperatura i przejrzystość naszego Bałtyku nie sprzyja nurkowaniu. Ale co tam... tego przecież jeszcze wtedy nikt z nas nie wiedział.  Ach... morze...
Jeszcze inni mówili o wyprawie w góry gdzie będą się wspinać na najwyższe szczyty wraz z przewodnikami oraz chodzić na piesze wycieczki górskimi szlakami. Tam to musi być dopiero super. Zrobiło się przyjemnie i miło. Nasze opowieści były jak wycieczka do innej krainy z baśni. Były jak opowieści znane tylko z książek przygodowych Alfreda Szklarskiego o wyprawach Tomka Wilmowskiego. Jego historie znaliśmy z serii powieści opisujących przygody chłopca na wszystkich kontynentach naszego globu. Wiele byśmy dali w zamian za takie przygody. Ja opowiedziałem o swoich wakacjach, których planów tak na prawdę do końca ani nie znałem ani tak na prawdę nie potwierdziłem u źródła moich pomysłodawców. Domyślając się tylko, że wyjeżdżam na kolonie letnie wymyśliłem na poczekaniu, że wyjeżdżam na 2 tygodnie na Mazury do Olsztyna. Znałem dokładnie te rejony bo często jeździłem z rodzicami do moich bliskich w odwiedziny. Moja rodzina mieszkała  w samym Olsztynie na osiedlu "Nagórki". Często wybieraliśmy się z moimi siostrami Marta i Asią oraz bratem Pawłem popływać na okolicznych jeziorach. Najbliższym jeziorem od bloku było jezioro "Skanda" a trochę dalej w dzielnicy Kortowo jezioro kortowskie. Mając w pamięci moje wakacje w Olsztynie mogłem co nieco powymyślać.
Więc wymyślałem, że na koloniach będę pływać kajakiem, nurkować w masce z rurką i płetwami oraz zwiedzać kwaterę główną Adolfa Hitlera, tzw. "Wilczy Szaniec" usytuowany niedaleko wsi Gierłoż. Miałem też wyjeżdżać na wycieczki turystyczne do Ostródy, Olsztynka i Gietrzwałdu. No wszystko pięknie tylko, że ja już tam byłem a co będzie teraz. Zrobiło mi się smutno i wstyd, że opowiadam na wyrost o miejscu do którego pewnie nie pojadę a wakacje spędzę na działce rekreacyjnej rodziców a co najwyżej pojadę na wieś pod Siedlce do znajomych rodziców z pracy. Babcia przecież nie powiedziała, że jadę na kolonie tylko że ruszam sam na wakacje. Właśnie tam mogę pojechać sam. Posmutniałem jeszcze bardziej i na szczęście w tym samym czasie usłyszałem głos mojej mamy, która z wyraźną radością wołała pieszczotliwie "Maaaaaaciuuuuś chooooodź na ooooobiaaaaad!!!" Wyczułem, że dzieje się tu i teraz coś niecodziennego...coś na prawdę odświętnego...coś niebywałego. Wbiegłem oczywiście po schodach na 10-te piętro i zziajany dopadłem w kuchni do dzbanka z kompotem z mirabelek. Przechyliłem go do ust i żłopałem jak spragniony koń po "Wielkiej Pardubickiej". Pijąc łapczywie mirabelkowy nektar patrzyłem przez szklane dno dzbanka na moich rodziców i babcię którzy również wpatrywali się we mnie z lekkimi uśmiechami. Nie wiem ile czasu to trwało ale na pewno nie więcej niż wypicie jednego litra kompotu bez odrywania ust. Odstawiłem dzbanek na pusty stół gdzie zazwyczaj stały talerze obiadowe i zapytałem niepewnym głosem -" O o o obiadu dzi dzi dzisiaj nie ma? " Cała trójka roześmiała się głośno wskazując na salon, w którym na rozłożonym stole nakrytym odświętnym białym obrusem stały równiutko talerze, szklanki i sztućce a na środku buchała gorącą parą waza z zupą pomidorową, której zapach było czuć w całym domu. Na honorowym centralnym miejscu siedziała już siedmioletnia siostra Marta, która wołała: - "długo jeszcze będę na Was czekać? " Nie daliśmy długo na siebie czekać i zasiedliśmy wszyscy do stołu. Tato wyjaśnił, że ten uroczysty piątkowy obiad jest z okazji mojego ukończenia szóstej klasy z dobrymi wynikami i najlepszą oceną z zachowania. Poczułem olbrzymią ulgę i wszystkie kamienie spadły mi z serca. Zaraz po tym jak stałem się lżejszy o cały rok nauki podał mi tato kopertę na której czarnym mazakiem napisane było "na kolonie letnie". Aaaaaaa jednaaaaaak!!!! Kolonie! Krzyknąłem i zajrzałem do koperty, w której były dwie setki. Miałem już w sumie 300 złotych! Podziękowałem wszystkim za finansowe wsparcie w mojej przyszłej wyprawy do....no właśnie do kąd? Wiem, że kolonie ale nie wiem nic poza tym...gdzie, kiedy z kim. Mnóstwo pytań...W przerwie między daniami zapytałem taty o wszystko czego nie wiedziałem jeszcze przed obiadem.
Dowiedziałem się wtedy, że już dzisiaj po 16:00 jadę na 2 tygodnie do Ośrodka Kolonijno-Wypoczynkowego w Serpelicach nad Bugiem. Po powrocie z koloni będą dwa dni przerwy na pranie ubrań i wyjazd dwutygodniowy do Olsztyna do mojego ciotecznego rodzeństwa nad jeziora. Potem jeszcze dwa tygodnie wczasów nad morzem w miejscowości Darłowo. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Tyle atrakcji przez wakacje...ale super! Szybko wciągnąłem resztki zupy wypijając je prosto z talerza i po równie szybkim zjedzeniu schabowego z ziemniakami i mizerią zacząłem się pakować do swojej pierwszej podróży. Spojrzałem na zegar w przedpokoju. Dochodziła godzina 15:00 więc miałem godzinę do wyjazdu z moim ojcem do Serpelic. Mimo, że jechaliśmy naszym prywatnym samochodem to nie chciałem żeby tato czekał na mnie. Przecież przed chwilą zostałem nagrodzony za wzorowe zachowanie w szkole. Nie mogło być inaczej w domu. Nie mogłem z radości ustać w miejscu a w głowie z nadmiaru szczęścia, myśli kręciły się jak na karuzeli. Do walizki wciskałem równo złożone przez babcię ubrania na każdą pogodę a na samo dno walizki włożyłem przed chwilą otrzymany od mamy prezent - skórzany portfel a w nim zebrane 300 złotych. Chyba najważniejsza jeszcze w tym całym zamieszaniu była rzecz, że mimo iż kłamałem jak z nut o moich wakacyjnych planach to tak na prawdę w sumie tylko uprzedziłem fakty i dzięki temu jeszcze lepiej się poczułem. Tak rozpoczęły się moje wakacje Anno Domini 1986...


C.D.N.