Zakończenie roku szkolnego 1985/1986 trwało około 2 godzin więc w domu byłem już przed 10:00. Wszedłem od razu do swojego pokoju żeby zdjąć z siebie ten niewygodny garnitur, który mimo swojej elegancji nie był na pewno do noszenia na co dzień. W mieszkaniu była tylko babcia, która gdy tylko mnie zobaczyła pobiegła do swojego pokoju i chwilę czegoś szukała w szufladzie. Po chwili podeszła do mnie i z uśmiechem od ucha do ucha wręczyła mi jednego "waryńskiego" całując mnie w policzek i gratulując zakończenia nauki. Oczy mi nie mało wypadły z orbit jak zobaczyłem taaaaki banknot. "Stówa to kupa pieniędzy" - pomyślałem.
Uwiesiłem się na szyi babci i serdecznie podziękowałem. Babcia dodała jeszcze żebym sobie je schował i zabrał ze sobą na wakacje. Słucham? Mam zabrać ze sobą na wakacje? Na jakie wakacje? Przecież pewnie nigdzie nie wyjadę za tę tróję z matmy a stówy nigdzie nie wydam jak będę siedział w domu. Spróbowałem babcię podpytać o jakich wakacjach dla mnie myślała. Poszedłem do kuchni gdzie babcia Stasia przygotowywała obiad. Niby to od niechcenia zagadałem co będzie na obiad i bez żadnych ogródek jak gdyby nigdy nic spytałem: - "a kiedy ruszamy na wakacje babciu?" Stasia zajęta mieszaniem zupy chyba dała się złapać na tak bezpośrednio zadane pytanie, bo powiedziała wprost: -"nie ruszamy tylko ty ruszasz sam na wakacje....hmmmm....no chyba mówił ci tato?" Spojrzała na mnie trochę zaniepokojona ale było już za późno! Ha ha ha! Babcia się wygadała! Mój plan się powiódł! Skinąłem w stronę babci niby to na potwierdzenie jej pytania i niepostrzeżenie wymknąłem się na podwórko pochwalić się kolegom wyjazdem. Biegłem jak wariat w dół po schodach skacząc co 6 stopni. Właściwie nie biegłem tylko frunąłem trzymając w kieszeni jeszcze nie używaną stówę a w głowie już układałem sobie plan mojego wyjazdu. Ależ byłem szczęśliwy! Na podwórku panował ruch jak co dzień. Nikt z naszej "osiedlowej bandy" póki co nigdzie jeszcze nie wyjechał więc mogliśmy siedząc na karuzeli rozprawiać kto i gdzie wyjeżdża w wakacje. Jedni wyjeżdżali na wieś do swoich dziadków gdzie spędzali czas aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Opowiadali jak to będą jeździć na dziadka "komarku", pływać w stawie na łące a wieczorem palić ognisko i siedzieć przy nim aż do późnej nocy z braćmi i siostrami jedząc pieczone kiełbaski i ziemniaki. Po ognisku obowiązkowo spanie na sianie. No bo gdzieżby indziej było tak fajnie? No chyba, że na strychu gdzie na czas wakacji była robiona dodatkowa sypialnia dla dzieci. Inni cieszyli się na wyjazd z rodzicami nad morze, którego jeszcze nie widzieli na żywo. Zresztą tak jak większość z nas. Snuli więc swoje opowieści utkane marzeniami jak to będą nurkować w masce i z rurką podziwiając morskie dno i ich mieszkańców.
Wszyscy wzdychaliśmy na samą myśl o takiej przygodzie. Widzieliśmy tylko na filmach jak piękne jest morze od środka. Kolorowe ryby, chowające się w morskiej roślinności która mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, śnieżnobiałe plaże na których wygrzewali się wczasowicze i gorące promienie słońca, które z błękitnego nieba spływały na cały ten piękny pejzaż. Nie wiedzieliśmy tego, że nasz Bałtyk różni się i to bardzo od tych wód oceanicznych w których flora morska jest o wiele bogatsza od naszej rodzimej a i temperatura i przejrzystość naszego Bałtyku nie sprzyja nurkowaniu. Ale co tam... tego przecież jeszcze wtedy nikt z nas nie wiedział. Ach... morze...
Jeszcze inni mówili o wyprawie w góry gdzie będą się wspinać na najwyższe szczyty wraz z przewodnikami oraz chodzić na piesze wycieczki górskimi szlakami. Tam to musi być dopiero super. Zrobiło się przyjemnie i miło. Nasze opowieści były jak wycieczka do innej krainy z baśni. Były jak opowieści znane tylko z książek przygodowych Alfreda Szklarskiego o wyprawach Tomka Wilmowskiego. Jego historie znaliśmy z serii powieści opisujących przygody chłopca na wszystkich kontynentach naszego globu. Wiele byśmy dali w zamian za takie przygody. Ja opowiedziałem o swoich wakacjach, których planów tak na prawdę do końca ani nie znałem ani tak na prawdę nie potwierdziłem u źródła moich pomysłodawców. Domyślając się tylko, że wyjeżdżam na kolonie letnie wymyśliłem na poczekaniu, że wyjeżdżam na 2 tygodnie na Mazury do Olsztyna. Znałem dokładnie te rejony bo często jeździłem z rodzicami do moich bliskich w odwiedziny. Moja rodzina mieszkała w samym Olsztynie na osiedlu "Nagórki". Często wybieraliśmy się z moimi siostrami Marta i Asią oraz bratem Pawłem popływać na okolicznych jeziorach. Najbliższym jeziorem od bloku było jezioro "Skanda" a trochę dalej w dzielnicy Kortowo jezioro kortowskie. Mając w pamięci moje wakacje w Olsztynie mogłem co nieco powymyślać.
Więc wymyślałem, że na koloniach będę pływać kajakiem, nurkować w masce z rurką i płetwami oraz zwiedzać kwaterę główną Adolfa Hitlera, tzw. "Wilczy Szaniec" usytuowany niedaleko wsi Gierłoż. Miałem też wyjeżdżać na wycieczki turystyczne do Ostródy, Olsztynka i Gietrzwałdu. No wszystko pięknie tylko, że ja już tam byłem a co będzie teraz. Zrobiło mi się smutno i wstyd, że opowiadam na wyrost o miejscu do którego pewnie nie pojadę a wakacje spędzę na działce rekreacyjnej rodziców a co najwyżej pojadę na wieś pod Siedlce do znajomych rodziców z pracy. Babcia przecież nie powiedziała, że jadę na kolonie tylko że ruszam sam na wakacje. Właśnie tam mogę pojechać sam. Posmutniałem jeszcze bardziej i na szczęście w tym samym czasie usłyszałem głos mojej mamy, która z wyraźną radością wołała pieszczotliwie "Maaaaaaciuuuuś chooooodź na ooooobiaaaaad!!!" Wyczułem, że dzieje się tu i teraz coś niecodziennego...coś na prawdę odświętnego...coś niebywałego. Wbiegłem oczywiście po schodach na 10-te piętro i zziajany dopadłem w kuchni do dzbanka z kompotem z mirabelek. Przechyliłem go do ust i żłopałem jak spragniony koń po "Wielkiej Pardubickiej". Pijąc łapczywie mirabelkowy nektar patrzyłem przez szklane dno dzbanka na moich rodziców i babcię którzy również wpatrywali się we mnie z lekkimi uśmiechami. Nie wiem ile czasu to trwało ale na pewno nie więcej niż wypicie jednego litra kompotu bez odrywania ust. Odstawiłem dzbanek na pusty stół gdzie zazwyczaj stały talerze obiadowe i zapytałem niepewnym głosem -" O o o obiadu dzi dzi dzisiaj nie ma? " Cała trójka roześmiała się głośno wskazując na salon, w którym na rozłożonym stole nakrytym odświętnym białym obrusem stały równiutko talerze, szklanki i sztućce a na środku buchała gorącą parą waza z zupą pomidorową, której zapach było czuć w całym domu. Na honorowym centralnym miejscu siedziała już siedmioletnia siostra Marta, która wołała: - "długo jeszcze będę na Was czekać? " Nie daliśmy długo na siebie czekać i zasiedliśmy wszyscy do stołu. Tato wyjaśnił, że ten uroczysty piątkowy obiad jest z okazji mojego ukończenia szóstej klasy z dobrymi wynikami i najlepszą oceną z zachowania. Poczułem olbrzymią ulgę i wszystkie kamienie spadły mi z serca. Zaraz po tym jak stałem się lżejszy o cały rok nauki podał mi tato kopertę na której czarnym mazakiem napisane było "na kolonie letnie". Aaaaaaa jednaaaaaak!!!! Kolonie! Krzyknąłem i zajrzałem do koperty, w której były dwie setki. Miałem już w sumie 300 złotych! Podziękowałem wszystkim za finansowe wsparcie w mojej przyszłej wyprawy do....no właśnie do kąd? Wiem, że kolonie ale nie wiem nic poza tym...gdzie, kiedy z kim. Mnóstwo pytań...W przerwie między daniami zapytałem taty o wszystko czego nie wiedziałem jeszcze przed obiadem.
Dowiedziałem się wtedy, że już dzisiaj po 16:00 jadę na 2 tygodnie do Ośrodka Kolonijno-Wypoczynkowego w Serpelicach nad Bugiem. Po powrocie z koloni będą dwa dni przerwy na pranie ubrań i wyjazd dwutygodniowy do Olsztyna do mojego ciotecznego rodzeństwa nad jeziora. Potem jeszcze dwa tygodnie wczasów nad morzem w miejscowości Darłowo. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Tyle atrakcji przez wakacje...ale super! Szybko wciągnąłem resztki zupy wypijając je prosto z talerza i po równie szybkim zjedzeniu schabowego z ziemniakami i mizerią zacząłem się pakować do swojej pierwszej podróży. Spojrzałem na zegar w przedpokoju. Dochodziła godzina 15:00 więc miałem godzinę do wyjazdu z moim ojcem do Serpelic. Mimo, że jechaliśmy naszym prywatnym samochodem to nie chciałem żeby tato czekał na mnie. Przecież przed chwilą zostałem nagrodzony za wzorowe zachowanie w szkole. Nie mogło być inaczej w domu. Nie mogłem z radości ustać w miejscu a w głowie z nadmiaru szczęścia, myśli kręciły się jak na karuzeli. Do walizki wciskałem równo złożone przez babcię ubrania na każdą pogodę a na samo dno walizki włożyłem przed chwilą otrzymany od mamy prezent - skórzany portfel a w nim zebrane 300 złotych. Chyba najważniejsza jeszcze w tym całym zamieszaniu była rzecz, że mimo iż kłamałem jak z nut o moich wakacyjnych planach to tak na prawdę w sumie tylko uprzedziłem fakty i dzięki temu jeszcze lepiej się poczułem. Tak rozpoczęły się moje wakacje Anno Domini 1986...
Wszyscy wzdychaliśmy na samą myśl o takiej przygodzie. Widzieliśmy tylko na filmach jak piękne jest morze od środka. Kolorowe ryby, chowające się w morskiej roślinności która mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, śnieżnobiałe plaże na których wygrzewali się wczasowicze i gorące promienie słońca, które z błękitnego nieba spływały na cały ten piękny pejzaż. Nie wiedzieliśmy tego, że nasz Bałtyk różni się i to bardzo od tych wód oceanicznych w których flora morska jest o wiele bogatsza od naszej rodzimej a i temperatura i przejrzystość naszego Bałtyku nie sprzyja nurkowaniu. Ale co tam... tego przecież jeszcze wtedy nikt z nas nie wiedział. Ach... morze...
Jeszcze inni mówili o wyprawie w góry gdzie będą się wspinać na najwyższe szczyty wraz z przewodnikami oraz chodzić na piesze wycieczki górskimi szlakami. Tam to musi być dopiero super. Zrobiło się przyjemnie i miło. Nasze opowieści były jak wycieczka do innej krainy z baśni. Były jak opowieści znane tylko z książek przygodowych Alfreda Szklarskiego o wyprawach Tomka Wilmowskiego. Jego historie znaliśmy z serii powieści opisujących przygody chłopca na wszystkich kontynentach naszego globu. Wiele byśmy dali w zamian za takie przygody. Ja opowiedziałem o swoich wakacjach, których planów tak na prawdę do końca ani nie znałem ani tak na prawdę nie potwierdziłem u źródła moich pomysłodawców. Domyślając się tylko, że wyjeżdżam na kolonie letnie wymyśliłem na poczekaniu, że wyjeżdżam na 2 tygodnie na Mazury do Olsztyna. Znałem dokładnie te rejony bo często jeździłem z rodzicami do moich bliskich w odwiedziny. Moja rodzina mieszkała w samym Olsztynie na osiedlu "Nagórki". Często wybieraliśmy się z moimi siostrami Marta i Asią oraz bratem Pawłem popływać na okolicznych jeziorach. Najbliższym jeziorem od bloku było jezioro "Skanda" a trochę dalej w dzielnicy Kortowo jezioro kortowskie. Mając w pamięci moje wakacje w Olsztynie mogłem co nieco powymyślać.
Więc wymyślałem, że na koloniach będę pływać kajakiem, nurkować w masce z rurką i płetwami oraz zwiedzać kwaterę główną Adolfa Hitlera, tzw. "Wilczy Szaniec" usytuowany niedaleko wsi Gierłoż. Miałem też wyjeżdżać na wycieczki turystyczne do Ostródy, Olsztynka i Gietrzwałdu. No wszystko pięknie tylko, że ja już tam byłem a co będzie teraz. Zrobiło mi się smutno i wstyd, że opowiadam na wyrost o miejscu do którego pewnie nie pojadę a wakacje spędzę na działce rekreacyjnej rodziców a co najwyżej pojadę na wieś pod Siedlce do znajomych rodziców z pracy. Babcia przecież nie powiedziała, że jadę na kolonie tylko że ruszam sam na wakacje. Właśnie tam mogę pojechać sam. Posmutniałem jeszcze bardziej i na szczęście w tym samym czasie usłyszałem głos mojej mamy, która z wyraźną radością wołała pieszczotliwie "Maaaaaaciuuuuś chooooodź na ooooobiaaaaad!!!" Wyczułem, że dzieje się tu i teraz coś niecodziennego...coś na prawdę odświętnego...coś niebywałego. Wbiegłem oczywiście po schodach na 10-te piętro i zziajany dopadłem w kuchni do dzbanka z kompotem z mirabelek. Przechyliłem go do ust i żłopałem jak spragniony koń po "Wielkiej Pardubickiej". Pijąc łapczywie mirabelkowy nektar patrzyłem przez szklane dno dzbanka na moich rodziców i babcię którzy również wpatrywali się we mnie z lekkimi uśmiechami. Nie wiem ile czasu to trwało ale na pewno nie więcej niż wypicie jednego litra kompotu bez odrywania ust. Odstawiłem dzbanek na pusty stół gdzie zazwyczaj stały talerze obiadowe i zapytałem niepewnym głosem -" O o o obiadu dzi dzi dzisiaj nie ma? " Cała trójka roześmiała się głośno wskazując na salon, w którym na rozłożonym stole nakrytym odświętnym białym obrusem stały równiutko talerze, szklanki i sztućce a na środku buchała gorącą parą waza z zupą pomidorową, której zapach było czuć w całym domu. Na honorowym centralnym miejscu siedziała już siedmioletnia siostra Marta, która wołała: - "długo jeszcze będę na Was czekać? " Nie daliśmy długo na siebie czekać i zasiedliśmy wszyscy do stołu. Tato wyjaśnił, że ten uroczysty piątkowy obiad jest z okazji mojego ukończenia szóstej klasy z dobrymi wynikami i najlepszą oceną z zachowania. Poczułem olbrzymią ulgę i wszystkie kamienie spadły mi z serca. Zaraz po tym jak stałem się lżejszy o cały rok nauki podał mi tato kopertę na której czarnym mazakiem napisane było "na kolonie letnie". Aaaaaaa jednaaaaaak!!!! Kolonie! Krzyknąłem i zajrzałem do koperty, w której były dwie setki. Miałem już w sumie 300 złotych! Podziękowałem wszystkim za finansowe wsparcie w mojej przyszłej wyprawy do....no właśnie do kąd? Wiem, że kolonie ale nie wiem nic poza tym...gdzie, kiedy z kim. Mnóstwo pytań...W przerwie między daniami zapytałem taty o wszystko czego nie wiedziałem jeszcze przed obiadem.
Dowiedziałem się wtedy, że już dzisiaj po 16:00 jadę na 2 tygodnie do Ośrodka Kolonijno-Wypoczynkowego w Serpelicach nad Bugiem. Po powrocie z koloni będą dwa dni przerwy na pranie ubrań i wyjazd dwutygodniowy do Olsztyna do mojego ciotecznego rodzeństwa nad jeziora. Potem jeszcze dwa tygodnie wczasów nad morzem w miejscowości Darłowo. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Tyle atrakcji przez wakacje...ale super! Szybko wciągnąłem resztki zupy wypijając je prosto z talerza i po równie szybkim zjedzeniu schabowego z ziemniakami i mizerią zacząłem się pakować do swojej pierwszej podróży. Spojrzałem na zegar w przedpokoju. Dochodziła godzina 15:00 więc miałem godzinę do wyjazdu z moim ojcem do Serpelic. Mimo, że jechaliśmy naszym prywatnym samochodem to nie chciałem żeby tato czekał na mnie. Przecież przed chwilą zostałem nagrodzony za wzorowe zachowanie w szkole. Nie mogło być inaczej w domu. Nie mogłem z radości ustać w miejscu a w głowie z nadmiaru szczęścia, myśli kręciły się jak na karuzeli. Do walizki wciskałem równo złożone przez babcię ubrania na każdą pogodę a na samo dno walizki włożyłem przed chwilą otrzymany od mamy prezent - skórzany portfel a w nim zebrane 300 złotych. Chyba najważniejsza jeszcze w tym całym zamieszaniu była rzecz, że mimo iż kłamałem jak z nut o moich wakacyjnych planach to tak na prawdę w sumie tylko uprzedziłem fakty i dzięki temu jeszcze lepiej się poczułem. Tak rozpoczęły się moje wakacje Anno Domini 1986...
C.D.N.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz