W tym miejscu powinienem napisać mimo wszystko kilka słów o tym jak od najmłodszych lat byłem oswajany z bliską obecnością zwierząt koło mnie.
Lata 70-te ... Przeprowadziliśmy się do większego miasta gdzie rodzice dostali lepszą pracę oraz wymarzone M4. Obydwoje mieli wiejskie korzenie dzięki czemu miałem gdzie wyjeżdżać na wakacje. Opierając się na opowieściach moich rodziców, dziadków oraz starszych znajomych wiem, że była to era Gierka dzięki któremu w Polsce zaczęło żyć się wszystkim nieco lepiej niż za jego poprzedników. Dzięki zaciągniętym olbrzymim kredytom polaków stać było na wiele więcej a i na półkach nie brakowało towarów. Niestety ten gopodarczy optymizm nie trwał w nieskończoność i był tylko jednym z wielu gwoździ do trumny konsumpcyjnej utopii, która zresztą w późniejszym czasie zapoczątkowała ruch społeczny "Solidarność". Wystarczy tej historycznej noty. Właśnie wtedy rozpoczęły się moje pierwsze zapamiętane przeze mnie spotkania z różnymi zwierzakami. Wyjeżdżałem z rodzicami przy każdej nadarzającej się okazji do naszych bliskich na wieś. Były to okolice mazowsza, podlasia oraz warmii i mazur. W każdym miejscu gdzie się zatrzymywaliśmy były jakieś zwierzęta. Zaczynając od największych takich jak konie, krowy, świnie a kończąc na tych mniejszych jak kozy, owce, gęsi, kaczki czy kury. Jakoś nie specjalnie utkwiły mi miłe wspomnienia z tymi w/w. Jako najmłodszy z zaprawionego w rolniczym boju starszego rodzeństwa mieszkającego na wsi byłem poddawany niekończącym się sprawdzianom i testom na odwagę. Oczywiście wtedy byłem przekonany, że tak musi być i wszystko przyjmowałem na klatę honorowo. Zaczynali swoje "egzaminy" mieszczucha od łatwych testów jak karmienie kaczek, kur a następnie świń. Cóż nie mam się czym pochwalić poza tym, że ubaw mieli po pachy kiedy z rykiem biegłem przed wściekłym kogutem prosto do domu drąc się w niebogłosy, że kogut mnie zabije, rozsypując ziarno po całym podwórku z wiaderka. Innym razem dałem radochę braciom gdy dali mi wiadro ze świeżo uparowanymi ziemniakami i kazali nakarmić świnie. Nie obyło się bez mojej wpadki kiedy wszedłem za ogrodzenie z pachnącymi ziemniakami i w jednej chwili wylądowałem twarzą w gnojówce popchnięty przez niczego nie winną świnię. Oczywiście powód do śmiechu mieli bracia a nie ja. Świniom było wtedy chyba wszystko jedno. Na wsi miałem sporo wpadek i porażek ale nie obyło się też bez kilku sukcesów i powodów do dumy. W tym miejscu warto nadmienić, że dumni byli ze mnie nie tylko rodzice i dziadkowie ale szczególnie ci dowcipni i weseli bracia, którzy od tamtej pory przestali mnie "egzaminować" i traktowali mnie prawie na równi ze sobą. Stało się tak za sprawą mojego bardzo fortunnego udziału w zapędzaniu krów do obory pewnego letniego wieczora. Świadkiem tej akcji oraz wiernym moim towarzyszem był nikt inny tylko zaprzyjaźniony owczarek niemiecki o imieniu "Szarik"...ale o tym już niebawem :)
"Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa" - /Alfons Toussenel/
C.D.N.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz