Moja lista blogów

wtorek, 27 lutego 2018

Być na mecie pierwszym...czyli wyścig o plakat. (Film cz.4)

Obudziłem się jak zawsze w wolny dzień od szkoły ciut świt, czyli w samo południe gdy w radio trębacz z Bazyliki Mariackiej w Krakowie grał swój hejnał na cztery strony świata. Czyli jest sobotnie południe. Odsłoniłem szczelne zasłony z okna i w moje oczy wbiły się jak ogniste sztylety promienie wiosennego słońca. Chwilę poczekałem aż mój wzrok oswoi się z tym lśnieniem i wyjrzałem przez okno. Miałem pewnie lepszy widok nawet od tego trębacza z Krakowa mimo, że on podziwiał gród Kraka z wysokości 54 metrów a ja tylko z 30, ale za to moje okno wyglądało prosto na podwórko, gdzie siedzibę w piaskownicy miała nasza "kapslowa bohema". On na pewno takiego widoku nie miał. Poza tym był to punkt obserwacyjno-komunikacyjny dla mojej mamy i babci, które gdy tylko chciały mi obwieścić, że jest pora obiadu po prostu przeraźliwie krzyczały na cały głos: " Maaaaaaaaacieeeeeeeek!!! Ooooooobiaaaaaaad!!! ". Echo niosło ten komunikat aż do ostatniego bloku naszego olbrzymiego osiedla. Zapewne wtedy wszystkie Maćki zrywały się na równe nogi rzucając swoje zabawki i biegły do domu na ciepły obiad. Moje bystre oko wychwyciło, że w okolicy naszego piaskowego toru do wyścigów kapsli zbiera się już osiedlowa śmietanka.
Szybko wskoczyłem w swój roboczy zestaw osiedlowy na który składały się spodenki jeansowe często podwijane na "pijawki" ze skórzanym paskiem do którego zamocowana była w skórzanym etui "finka". Nieodłączny atrybut osiedlowego skauta i miejskiego globtrotera. Kto miał finkę ten miał już prawie wszystko i mógł prawie wszystko. A na górę zarzuciłem śnieżnobiałą koszulkę pachnącą jeszcze kwiatowym "Persilem", który dostaliśmy w paczce z Niemiec od wujka. W jednej sekundzie minąłem kuchnię w której babcia słuchając południowej audycji programu 1 Polskiego Radia robiła mi śniadaniowe kanapki. Wpadłem jak przeciąg do łazienki tylko po to żeby umazany na twarzy pastą do zębów zaraz wskoczyć do kuchni gdzie odbiłem biały paściany odcisk na babcinym policzku i zabierając z talerza jedną z kanapek wybiegłem z mieszkania prosto na schody prowadzące 10 pięter w dół do mojej podwórkowej oazy.
Rzadko korzystałem w tamtych latach z windy do zjeżdżania w dół. Strasznie dużo cennego czasu się marnowało na oczekiwanie na windę. Często bywało, że zjeżdżając w dół na moje nieszczęście musiałem zatrzymywać się co drugie piętro żeby zabrać czekających na niższych piętrach. A tak jednym susem łapiąc się poręczy frunąłem na sam dół jak odrzutowiec. Po niespełna minucie połykając jednym haustem całą kanapkę z masłem i pomidorem byłem już na parterze. Jeszcze tylko odcinek przy śmietniku ostro w prawo i mocno hamując w tumanie kurzu lądowałem przed piaskownicą.



Rytualne przywitanie ze wszystkimi kumplami, którzy tłumnie przybyli na weekendowe międzyosiedlowe "Kapslowe Wyścigi Pokoju" w skrócie KWP trwało dobre kilka minut. Było nas wszystkich kilkadziesiąt osób razem z obserwatorami. Był wśród nas jeden najstarszy kolega dla którego zaszczytnym obowiązkiem było narysowanie patykiem na piachu niepowtarzalnej i skomplikowanej trasy. Jako, że był on już w 7 klasie to miał też za sobą zajęcia z ZPT ( zajęcia praktyczno-techniczne) a dzięki temu i wiedzę techniczną większą od naszej o mile świetlne.


Gdy skończył szkicować swój projekt trasy wyścigowej stawaliśmy gęsiego jeden za drugim i powoli z namaszczeniem wręcz majestatycznie zaczynaliśmy udeptywać całą trasę. Musiała być dobrze ubita żeby kapsle się dobrze po niej ślizgały. Kiedyś jak zrobiliśmy to na "sztukę" to pogubiliśmy nasze pięknie wykonane kapsle w kupie piachu. Od tamtego wypadku już zawsze przykładaliśmy się do solidnego deptania. Gdy trasa była już przygotowana a nasz starszy kumpel dokonał jej odbioru technicznego przyszedł czas na losowanie kolejności startu. Zasada loterii była prosta. Ustawialiśmy wszystkie kapsle na chodniku w jednej linii. I po kolei pstrykaliśmy swoim kapslem jak najmocniej. Kolejność startu zależała od tego jak daleko udało się pstryknąć swój kapsel. Ten kto pstryknął najdalej był pierwszy i tak kolejno. Jasne, że zawsze startował jako pierwszy "siódmak". Cwaniak był dobry z niego. Przed pstrykaniem owijał sobie prawy palec wskazujący plastrem z opatrunkiem dzięki czemu nie czuł bólu i mógł z całej siły strzelać swoim wielkim i długim paluchem. Ale to tylko kwalifikacja startowa. Prawdziwa walko była na trasie. Tam nie liczyła się siła tylko świetna technika. Każdy z nas miał kapsel ozdobiony w unikalny sposób w tzw. koszulkę aby się nie pomylić i dokładnie śledzić swoje miejsce na trasie. Ja nie wiem czemu zawsze ozdabiałem swego "zawodnika" w koszulkę z flagą Wielkiej Brytanii. Koszulka była tylko ozdobą ale bardzo ważne było co znajdowało się pod nią. Starzy wyjadacze wciskali do środka plastelinę o odpowiedniej wadze i ułożeniu inni lali wosk żeby polepszyć siłę ślizgu kapsla. Ale cóż znaczyłyby zawody bez nagrody! Mieliśmy na osiedlu zaprzyjaźnionego Pana Dyrektora z FSO, który codziennie od 16:00 do 22:00 majstrował coś w silniku swojej białej jugosłowiańskiej Daci.


Jego garaż wiecznie otwarty na oścież był 15 metrów od naszej piaskownicy. Mogliśmy godzinami podziwiać jego pięknie zawsze wymyty samochód, który był najlepszy na osiedlu oraz dziesiątki plakatów samochodów wiszących na ścianach wnętrza garażu. Miał tam takie skarby, że mogliśmy sobie tylko o nich pomarzyć. Aż do dzisiejszego dnia gdy Pan Dyrektor przyszedł do naszej piaskownicy, usiadł między nami na betonowym murku i ciekawie przyglądał się naszym wyścigom. Widać było że mu się spodobało bo zapytał się "siódmaka" o co się ścigamy. Tamten odpowiedział, że o zapis na liście wyścigowej, który będzie można za tydzień poprawić na innej trasie. Dyrektor nic nie odpowiedział tylko pokiwał głową uśmiechając się pod nosem. Wstał bez słowa i odszedł w stronę swojego garażu. My dalej pstrykaliśmy zapominając o wizycie Dyrektora. Po kilkunastu minutach zaciekłej walki na szutrowej nawierzchni gdy wszyscy już mieliśmy poobijane i obolałe palce gdy meta była już co raz bliżej a zapach zwycięskiego lauru był coraz silniejszy niespodziewanie zjawił się Pan Dyrektor. Spojrzeliśmy na niego przez zaciśnięte źrenice bo stał dokładnie pod słońce. Powiedział donośnym i poważnym głosem: - "od dzisiaj będziecie ścigać się o nagrody! " Popatrzyliśmy na siebie z niedowierzaniem. W jednej chwili wszyscy razem, jeden przez drugiego zaczęliśmy pokrzykiwać: -"ale jakie nagrody, przecież nic nie mamy na nagrody! "


Dyrektor uśmiechnął się ciepło i spojrzał każdemu z osobna w oczy. Od dzisiaj będę Wam dawał nagrody i wysunął zza pleców schowaną rękę w której miał gruby rulon błyszczących papierów kredowych. Kucnął na trawniku i rozwinął przed nami rulon z nowiutkimi plakatami współczesnych samochodów. Były ich dziesiątki. To nie mogło się stać a jednak się stało. Wszyscy zapomnieliśmy o kapslach, wyścigu, walce i miejscach na podium. Do późnych godzin wszyscy razem oglądaliśmy nasze wymarzone plakaty z samochodami. Oprzytomniałem dopiero gdy usłyszałem donośny głos mojej mamy, która wołała mnie na kolację...

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz