Czas płynął nieubłaganie. Płynął też na naszą niekorzyść i jak się później okaże nie był naszym sprzymierzeńcem beztroskiego życia. Pchał nas z dużą niepohamowaną siłą w dorosłe życie o czym mieliśmy się dowiedzieć już niedługo. Ale my wtedy nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy z tego, że ta świetna harmonia, błogi czas laby i braku odpowiedzialności zmierza ku końcowi. No bo niby skąd mieliśmy o tym wiedzieć? Byliśmy tylko trochę starszymi dziećmi, które żyły chwilą tu i teraz a nie daleką przyszłością. To zadanie należało do naszych rodziców, którzy nazywani przez nas samych "starzy" często nam o tym przypominali. Właściwie to ciągle nam o tym mówili przy każdej okazji. Szczególnie późnym wieczorem w niedzielę kiedy zaganiali nas do odrabiania lekcji na przyszły tydzień, do nadrabiania zaległości z matmy albo do nauki wiersza na pamięć i tak w kółko. Ale nie wszyscy mieli takie szczęście jak ja. Mimo tego, że kulałem z matmy to los był dla mnie łaskawy. Łaskawy był zesłaniem mi mojej "korepetytorki" z matematyki do sąsiedniej klatki. To jednak nie koniec mojego szczęścia. Poza tym, że mieszkała w sąsiedniej klatce to jeszcze uczyła się ze mną w jednej klasie! Bardzo się cieszyłem, że Renata która była najzdolniejszą dziewczyną w klasie a może i szkole była właśnie moją sąsiadką.
Oprócz tego, że była bardzo zdolna i świetnie radziła sobie z trudną dla mnie matematyką była na dodatek bardzo cierpliwa, miła i ładna. Nie można mieć więcej szczęścia. Zawsze znajdowała dla mnie czas i nigdy nie odmówiła pomocy. Gdy byłem chory przynosiła mi lekcje do przepisania. Była zawsze dobrą koleżanką. Nigdy nie miałem okazji jej podziękować za to, że dzięki swojej do mnie cierpliwości przyczyniła się do tego, że udało mi się przez skomplikowany matematyczny labirynt podstawówki przebrnąć i znaleźć z niego wyjście. "DZIĘKUJĘ!" Tydzień oczekiwania na wspólne wyjście na korty a potem na ognisko wlókł się strasznie długo. Pewnie dlatego, że wszyscy o tym cały czas myśleli i bez przerwy rozmawiali na przerwach miedzy lekcjami. Ale w końcu nadszedł koniec tygodnia i w piątkowe popołudnie wreszcie spotkaliśmy się na karuzeli osiedlowej żeby obgadać szczegóły. Kręcąc się gadaliśmy o jutrzejszym wypadzie na teren "samochodówki". Miejsce bardzo fajne bo dalekie od ulicy i naszego osiedla. Podczas ostatniej wizyty na terenie szkoły nie zauważyliśmy nikogo kto mógłby nam przeszkadzać w realizacji naszych planów. Pozostało nam tylko zabrać ze sobą dobre nastroje, rakiety tenisowe z piłeczkami i jakąś kiełbasę na ognisko. Umówiliśmy się na następny dzień około 18:00 na tenisa a potem w planach mieliśmy pieczenie kiełbasy. Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia od południa jeździliśmy na rowerach po miasteczku rowerowym, gdzie spotkaliśmy kilku nowo poznanych kumpli z 2 etapu. Zaprosiliśmy ich na ognisko przypominając żeby zabrali ze sobą koniecznie swoich znajomych oraz kiełbasę do pieczenia. Gdy znudziliśmy się już jazdą po wesołym miasteczku pojechaliśmy pod budynek "Chemii". Tam po kilku "bombach do piwnicy" pojechaliśmy do swoich domów na obiad. Musiałem jakoś zwędzić z lodówki kiełbasę w taki sposób żeby nikt nie zauważył. Nie chodziło wcale o to, że nie dostałbym tej kiełbasy do zjedzenia. Tylko zaczęły by się trudne pytania: "gdzie ją biorę?", "dlaczego nie jem w domu?" i w końcu w wyniku śledztwa wyszłoby na jaw, że będziemy palić ognisko no i szlaban! W kuchni było tłoczno jak to podczas obiadu. Jedząc drugie danie zerknąłem kątem oka na zegar wskazujący 16:30. "Mam duży zapas czasowy" - pomyślałem. Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju gdzie udając, że czytam "Sposób na Alcybiadesa" Niziurskiego kombinowałem jak znaleźć się sam na sam z lodówką. Niecierpliwie spoglądałem na zegarek na którym zbliżała się godzina 17:30. Robiło się późno a w kuchni jak nigdy o tej porze mama z babcią zaczęły przygotowywać jakieś ciasto na niedzielę. "A to pech! Co robić?" - myśli szybko krążyły w mojej głowie. W końcu wpadłem na genialny pomysł jak przewietrzyć kuchnię z jej lokatorów. Wyszedłem na klatkę schodową, gdzie ściągnąłem windę na swoje piętro. Wykręciłem żarówkę żeby nie było widać, że jest pusta i włączyłem przycisk 5 piętra. Podczas jak winda zjeżdżała w dół ja specjalnym drutem w otworze "technicznym" drzwi windy przesunąłem skobel w prawo tak żeby winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Upewniłem się, że winda stoi poniżej mojego piętra i pobiegłem do domu z wrzaskiem: - "Ktoś się zablokował w windzie i woła pomocy!" - zawołałem w domu. Babcia z mamą wybiegły na klatkę a ja wpadłem do kuchni i po otwarciu lodówki wziąłem dwa długie pętka kiełbasy. Szybko schowałem je do mojej "listonoszki" po czym wybiegłem na klatkę i odblokowałem windę wyjmując drut z drzwi. Gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół ja powoli schodziłem schodami na parter. Mijałem się z mamą i babcią na 9 piętrze. Mówiły coś do siebie, że ktoś zrobił głupi dowcip z windą a ja uśmiechając się pod nosem i dumny ze swojego mistrzowskiego planu krótko jakby od niechcenia szepnąłem: - "Idę na dwór". Powiedziałem to tak cicho, że chyba tylko ja sam to słyszałem. Nie chciałem zostać zawrócony z powrotem do domu do pomocy przy produkcji ciasta. Na dole czekali już prawie wszyscy z osiedla. Jeden z kolegów powiedział, że poczekamy jeszcze tutaj na 2 etap, który zobowiązał się przynieść dodatkowe rakiety do tenisa bo my mieliśmy tylko dwie od Moniki. Za kilka minut zjawiło się niemałe stadko tenisistów z drugiego etapu.
Byliśmy na etapie oglądanych skrótów sportowych z Dziennika Telewizyjnego gdzie informacje niestety bardzo okrojone przez cenzurę mówiły o nowych gwiazdach tenisa ziemnego. Byli nimi Szwed Björn Borg oraz Amerykanin John McEnroe, którzy oprócz nowego stylu walki na kortach Wimbledonu, wnieśli też nową modę sportową do naszego kraju i nie tylko. Każdy z nas biorąc wzór z mistrzów miał na nadgarstku co najmniej jedną frotkę do ocierania potu z czoła.
Na boisko tenisowe dostaliśmy się tak jak ostatnio - przez dużą dziurę w ogrodzeniu. Nasza grupa liczyła ze 20 osób więc tenisowych emocji nie mogło zabraknąć aż do zmierzchu. Graliśmy najpierw mecze singlowe ale w tym czasie za dużo osób musiało czekać na swoją kolej, więc zaczęliśmy grać deble. Wtedy dopiero zaczęła się zabawa na całego. Zmieniliśmy też ogólnie przyjęte zasady rozgrywek na takie w których szybciej mogliśmy zmieniać się na boisku. Dawało to podwójne korzyści. Z jednej strony nikt nie czekał zbyt długo na swoją kolej a po drugie nie męczyliśmy się bardzo na boisku.Gdy wszyscy już zaznaczyli swoją obecność na korcie zaczęliśmy się zbierać do drogi na drugą stronę terenu szkoły, czyli do "sadku" gdzie mieliśmy rozpalić ognisko. Jako że była nas spora grupa głodnych sportowców żyjącymi jeszcze emocjami z boiska to i humory nam dopisywały i rozmowy bardzo głośne nie miały końca. Po dotarciu na wypatrzone miejsce zaczęło się zmierzchać więc szybko zaczęliśmy zbierać drzewo na ognisko. Jedni z nas przynosili chrust inni bardziej ambitni wielkie konary aż w końcu po ustawieniu pięknego spiczastego stosu odpaliliśmy nasze pierwsze w życiu ognisko. Ogień powoli ze środka stosu przeskakiwał na wyższe piętra aż po kilku minutach zajął całą jego powierzchnię. Rozpoczął się piękny ale zarazem niebezpieczny pokaz nieokiełznanej natury. Nikt nie myślał w tym czasie o kiełbasach schowanych w plecakach i torbach. Zapomnieliśmy o głodzie i pragnieniu. Z uśmiechem na twarzy wystawialiśmy w stronę ognia nasze spocone głowy żeby się osuszyć. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na niesamowity spektakl, który tak nas zauroczył, że nawet nie zauważyliśmy jak ogień z ogniska powoli przeskakuje na suchą trawę obok i powoli ale zdecydowanie zajmuje swoim zasięgiem coraz większą przestrzeń. Nikt z nas nie zauważył jak zaczął się wspinać na sąsiednie drzewo po jego pniu i kierować się w górę korony. Aż w pewnej chwili sucha korona drzewa zajęła się cała ogniem rozświetlając sadek i jego okolice mocnym przerażającym światłem. Poderwaliśmy się ze strachem na równe nogi. Dookoła nas było widno jak w dzień. Zauważyliśmy biegnącego od strony "samochodówki" w naszym kierunku mężczyznę, który krzycząc coś przeraźliwie wymachiwał groźnie grabiami. Przerażeni ruszyliśmy biegiem w stronę cmentarza komunalnego przedzierając się przez gęstwinę sadu. Za nami między drzewami groźnie błyskał w naszą stronę wysoki na kilka metrów płomień z suchego drzewa jakby chciał się wspiąć ponad inne drzewa i krzyknąć: -"widzę was...nie uciekniecie!". Szybko przedostaliśmy się sobie znanymi skrótami na osiedle "Żytnia" skąd ciężko sapiąc i dysząc rozbiegliśmy się każdy w inną stronę bez pożegnania. Nie pamiętam jak szybko biegłem do bloku ale nie czekając na windę wbiegłem na swoje ostatnie piętro gdzie szybko schowałem się w pokoju. Próbując opanować nerwy i uspokoić oddech usłyszałem przez otwarte okno syreny wozów strażackich jadących do pożaru. Wyjrzałem przez okno z którego dokładnie widziałem jak "sikawki" jadą do naszego ogniska. Po kilku minutach ogień, który rozświetlał sad oraz niebieskie błyski bulajów znikły w ciemnościach a głosy syren ucichły powtarzając jeszcze chwilę echem swój alarm. Tego wieczora nie wychodziłem już z pokoju i w stroju osiedlowym pachnącym dymem z ogniska usnąłem na nieposłanym łóżku. Rano z wielkim niepokojem wszedłem do kuchni gdzie rodzice rozmawiali o wczorajszej akcji gaśniczej. Przysłuchując się uważnie dowiedziałem się, że ogień zaprószyli pewnie osiedlowi menele, którzy często w tym miejscu biwakowali, popijając tanie wina. Poza tym, że spłonęła sucha jabłonka to żadnych strat nie odnotowano " i całe szczęście " - pomyślałem. Rodzice przez cały czas naszego śniadania ciekawie przypatrywali mi się ale nic się nie odzywali. Po śniadaniu poszedłem do łazienki żeby umyć zęby i dopiero wtedy zobaczyłem, że moja twarz cała była brudna od popiołu z ogniska. To było pierwsze i ostatnie ognisko na naszym osiedlu...
Oprócz tego, że była bardzo zdolna i świetnie radziła sobie z trudną dla mnie matematyką była na dodatek bardzo cierpliwa, miła i ładna. Nie można mieć więcej szczęścia. Zawsze znajdowała dla mnie czas i nigdy nie odmówiła pomocy. Gdy byłem chory przynosiła mi lekcje do przepisania. Była zawsze dobrą koleżanką. Nigdy nie miałem okazji jej podziękować za to, że dzięki swojej do mnie cierpliwości przyczyniła się do tego, że udało mi się przez skomplikowany matematyczny labirynt podstawówki przebrnąć i znaleźć z niego wyjście. "DZIĘKUJĘ!" Tydzień oczekiwania na wspólne wyjście na korty a potem na ognisko wlókł się strasznie długo. Pewnie dlatego, że wszyscy o tym cały czas myśleli i bez przerwy rozmawiali na przerwach miedzy lekcjami. Ale w końcu nadszedł koniec tygodnia i w piątkowe popołudnie wreszcie spotkaliśmy się na karuzeli osiedlowej żeby obgadać szczegóły. Kręcąc się gadaliśmy o jutrzejszym wypadzie na teren "samochodówki". Miejsce bardzo fajne bo dalekie od ulicy i naszego osiedla. Podczas ostatniej wizyty na terenie szkoły nie zauważyliśmy nikogo kto mógłby nam przeszkadzać w realizacji naszych planów. Pozostało nam tylko zabrać ze sobą dobre nastroje, rakiety tenisowe z piłeczkami i jakąś kiełbasę na ognisko. Umówiliśmy się na następny dzień około 18:00 na tenisa a potem w planach mieliśmy pieczenie kiełbasy. Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia od południa jeździliśmy na rowerach po miasteczku rowerowym, gdzie spotkaliśmy kilku nowo poznanych kumpli z 2 etapu. Zaprosiliśmy ich na ognisko przypominając żeby zabrali ze sobą koniecznie swoich znajomych oraz kiełbasę do pieczenia. Gdy znudziliśmy się już jazdą po wesołym miasteczku pojechaliśmy pod budynek "Chemii". Tam po kilku "bombach do piwnicy" pojechaliśmy do swoich domów na obiad. Musiałem jakoś zwędzić z lodówki kiełbasę w taki sposób żeby nikt nie zauważył. Nie chodziło wcale o to, że nie dostałbym tej kiełbasy do zjedzenia. Tylko zaczęły by się trudne pytania: "gdzie ją biorę?", "dlaczego nie jem w domu?" i w końcu w wyniku śledztwa wyszłoby na jaw, że będziemy palić ognisko no i szlaban! W kuchni było tłoczno jak to podczas obiadu. Jedząc drugie danie zerknąłem kątem oka na zegar wskazujący 16:30. "Mam duży zapas czasowy" - pomyślałem. Po obiedzie poszedłem do swojego pokoju gdzie udając, że czytam "Sposób na Alcybiadesa" Niziurskiego kombinowałem jak znaleźć się sam na sam z lodówką. Niecierpliwie spoglądałem na zegarek na którym zbliżała się godzina 17:30. Robiło się późno a w kuchni jak nigdy o tej porze mama z babcią zaczęły przygotowywać jakieś ciasto na niedzielę. "A to pech! Co robić?" - myśli szybko krążyły w mojej głowie. W końcu wpadłem na genialny pomysł jak przewietrzyć kuchnię z jej lokatorów. Wyszedłem na klatkę schodową, gdzie ściągnąłem windę na swoje piętro. Wykręciłem żarówkę żeby nie było widać, że jest pusta i włączyłem przycisk 5 piętra. Podczas jak winda zjeżdżała w dół ja specjalnym drutem w otworze "technicznym" drzwi windy przesunąłem skobel w prawo tak żeby winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Upewniłem się, że winda stoi poniżej mojego piętra i pobiegłem do domu z wrzaskiem: - "Ktoś się zablokował w windzie i woła pomocy!" - zawołałem w domu. Babcia z mamą wybiegły na klatkę a ja wpadłem do kuchni i po otwarciu lodówki wziąłem dwa długie pętka kiełbasy. Szybko schowałem je do mojej "listonoszki" po czym wybiegłem na klatkę i odblokowałem windę wyjmując drut z drzwi. Gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół ja powoli schodziłem schodami na parter. Mijałem się z mamą i babcią na 9 piętrze. Mówiły coś do siebie, że ktoś zrobił głupi dowcip z windą a ja uśmiechając się pod nosem i dumny ze swojego mistrzowskiego planu krótko jakby od niechcenia szepnąłem: - "Idę na dwór". Powiedziałem to tak cicho, że chyba tylko ja sam to słyszałem. Nie chciałem zostać zawrócony z powrotem do domu do pomocy przy produkcji ciasta. Na dole czekali już prawie wszyscy z osiedla. Jeden z kolegów powiedział, że poczekamy jeszcze tutaj na 2 etap, który zobowiązał się przynieść dodatkowe rakiety do tenisa bo my mieliśmy tylko dwie od Moniki. Za kilka minut zjawiło się niemałe stadko tenisistów z drugiego etapu.
Byliśmy na etapie oglądanych skrótów sportowych z Dziennika Telewizyjnego gdzie informacje niestety bardzo okrojone przez cenzurę mówiły o nowych gwiazdach tenisa ziemnego. Byli nimi Szwed Björn Borg oraz Amerykanin John McEnroe, którzy oprócz nowego stylu walki na kortach Wimbledonu, wnieśli też nową modę sportową do naszego kraju i nie tylko. Każdy z nas biorąc wzór z mistrzów miał na nadgarstku co najmniej jedną frotkę do ocierania potu z czoła.
Na boisko tenisowe dostaliśmy się tak jak ostatnio - przez dużą dziurę w ogrodzeniu. Nasza grupa liczyła ze 20 osób więc tenisowych emocji nie mogło zabraknąć aż do zmierzchu. Graliśmy najpierw mecze singlowe ale w tym czasie za dużo osób musiało czekać na swoją kolej, więc zaczęliśmy grać deble. Wtedy dopiero zaczęła się zabawa na całego. Zmieniliśmy też ogólnie przyjęte zasady rozgrywek na takie w których szybciej mogliśmy zmieniać się na boisku. Dawało to podwójne korzyści. Z jednej strony nikt nie czekał zbyt długo na swoją kolej a po drugie nie męczyliśmy się bardzo na boisku.Gdy wszyscy już zaznaczyli swoją obecność na korcie zaczęliśmy się zbierać do drogi na drugą stronę terenu szkoły, czyli do "sadku" gdzie mieliśmy rozpalić ognisko. Jako że była nas spora grupa głodnych sportowców żyjącymi jeszcze emocjami z boiska to i humory nam dopisywały i rozmowy bardzo głośne nie miały końca. Po dotarciu na wypatrzone miejsce zaczęło się zmierzchać więc szybko zaczęliśmy zbierać drzewo na ognisko. Jedni z nas przynosili chrust inni bardziej ambitni wielkie konary aż w końcu po ustawieniu pięknego spiczastego stosu odpaliliśmy nasze pierwsze w życiu ognisko. Ogień powoli ze środka stosu przeskakiwał na wyższe piętra aż po kilku minutach zajął całą jego powierzchnię. Rozpoczął się piękny ale zarazem niebezpieczny pokaz nieokiełznanej natury. Nikt nie myślał w tym czasie o kiełbasach schowanych w plecakach i torbach. Zapomnieliśmy o głodzie i pragnieniu. Z uśmiechem na twarzy wystawialiśmy w stronę ognia nasze spocone głowy żeby się osuszyć. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na niesamowity spektakl, który tak nas zauroczył, że nawet nie zauważyliśmy jak ogień z ogniska powoli przeskakuje na suchą trawę obok i powoli ale zdecydowanie zajmuje swoim zasięgiem coraz większą przestrzeń. Nikt z nas nie zauważył jak zaczął się wspinać na sąsiednie drzewo po jego pniu i kierować się w górę korony. Aż w pewnej chwili sucha korona drzewa zajęła się cała ogniem rozświetlając sadek i jego okolice mocnym przerażającym światłem. Poderwaliśmy się ze strachem na równe nogi. Dookoła nas było widno jak w dzień. Zauważyliśmy biegnącego od strony "samochodówki" w naszym kierunku mężczyznę, który krzycząc coś przeraźliwie wymachiwał groźnie grabiami. Przerażeni ruszyliśmy biegiem w stronę cmentarza komunalnego przedzierając się przez gęstwinę sadu. Za nami między drzewami groźnie błyskał w naszą stronę wysoki na kilka metrów płomień z suchego drzewa jakby chciał się wspiąć ponad inne drzewa i krzyknąć: -"widzę was...nie uciekniecie!". Szybko przedostaliśmy się sobie znanymi skrótami na osiedle "Żytnia" skąd ciężko sapiąc i dysząc rozbiegliśmy się każdy w inną stronę bez pożegnania. Nie pamiętam jak szybko biegłem do bloku ale nie czekając na windę wbiegłem na swoje ostatnie piętro gdzie szybko schowałem się w pokoju. Próbując opanować nerwy i uspokoić oddech usłyszałem przez otwarte okno syreny wozów strażackich jadących do pożaru. Wyjrzałem przez okno z którego dokładnie widziałem jak "sikawki" jadą do naszego ogniska. Po kilku minutach ogień, który rozświetlał sad oraz niebieskie błyski bulajów znikły w ciemnościach a głosy syren ucichły powtarzając jeszcze chwilę echem swój alarm. Tego wieczora nie wychodziłem już z pokoju i w stroju osiedlowym pachnącym dymem z ogniska usnąłem na nieposłanym łóżku. Rano z wielkim niepokojem wszedłem do kuchni gdzie rodzice rozmawiali o wczorajszej akcji gaśniczej. Przysłuchując się uważnie dowiedziałem się, że ogień zaprószyli pewnie osiedlowi menele, którzy często w tym miejscu biwakowali, popijając tanie wina. Poza tym, że spłonęła sucha jabłonka to żadnych strat nie odnotowano " i całe szczęście " - pomyślałem. Rodzice przez cały czas naszego śniadania ciekawie przypatrywali mi się ale nic się nie odzywali. Po śniadaniu poszedłem do łazienki żeby umyć zęby i dopiero wtedy zobaczyłem, że moja twarz cała była brudna od popiołu z ogniska. To było pierwsze i ostatnie ognisko na naszym osiedlu...
C.D.N.



��������������
OdpowiedzUsuńDobre, ale sie usmialam :)
UsuńTakie jest moje przesłanie tego całego bloga. Chciałbym aby podczas czytania wspomnień na twarzy pojawiał się uśmiech.
Usuń