8 lat przemnożone średnio przez 180 dni w roku daje nam 1440 dni nauki w szkole podstawowej. Odległość z mojego bloku do szkoły to około 1 km idąc ul. Cmentarną.
Rzecz jasna, że musiałem z tej szkoły też wrócić i zazwyczaj wracałem tego samego dnia i tą samą drogą bo w tamtych latach nie było tak naprawdę gdzie zbaczać z trasy bo mieszkałem w mało atrakcyjnej dzielnicy. Pokonywałem więc dziennie 2 km, które szły na poczet mojej nauki. Sumując to wszystko wyszło, że przez 8 lat podstawówki ja i moi znajomi ze szkoły zrobiliśmy pieszo 2880 kilometrów. Niezły dystans. To na przykład legendarna już trasa Orient Expresu, który w latach 1883 z przerwami do roku 1977 kursował między Paryżem a Stambułem (dawniej Konstantynopol).
Ale to nie dzięki Orient Expresowi czuliśmy się wtedy wyjątkowo. Wyjątkowe było to co robiliśmy po szkole. A robiliśmy wtedy wiele. Do dyspozycji mieliśmy takie atrakcje jak gra w klasy, skakanie z dziewczynami w gumę, dziewczyny grały z nami w palanta, my z dziewczynami robiliśmy pod parterowymi balkonami domki z kocy i śpiworów a dziewczyny bawiły się z nami w Indian. Mieliśmy też na własność piaskownicę, huśtawki, karuzele i trzepak na którym czasami brakowało miejsca bo nie wiadomo czemu wszyscy chcieli na nim siedzieć albo wisieć do góry nogami też nie wiadomo po co. Byliśmy do tego stopnia wyjątkowi, że na nasze podwórko nie miały wstępu inne dzieciaki nawet z sąsiednich osiedli. Wtedy była epoka "band osiedlowych". Samemu nie chodziło się na drugi i trzeci etap 1000-lecia bo można było wrócić z limem albo z wybitym mleczakiem. Jak któraś z dziewczyn poskarżyła się, że jakiś obcy jej dokuczał albo nazwał ją brzydko zawsze zgodnie z osiedlowym kodeksem organizowana była wyprawa wojenna. Zasady były proste i przejrzyste. Najpierw odbywała się w piwnicy wojenna narada w tzw. klubie, gdzie mieliśmy swoją bazę. Spotykali się tam zawsze wszyscy chłopcy, którzy należeli do bandy oraz mile były widziane nasze osiedlowe koleżanki. Zawsze zaczynało się od ustalenia faktów w rozmowie z osobą pokrzywdzoną. Gdy już mieliśmy poczynione ustalenia co do sprawcy i miejsca jego pochodzenia wysyłaliśmy zwiadowców, którzy robili rozpoznanie na obcym terenie. Gdy wywiadowcy wrócili szliśmy wszyscy bardzo podekscytowani do naszego osiedlowego sadku i rozpoczynaliśmy uzbrajanie się w broń i amunicję przed wyprawą wojenną.
Naszą podstawową bronią były proce zrobione z widlastej gałęzi, drutów lub sznurkowe rzutnie. Amunicja różniła się w zależności od sezonu i dostępności owoców w sadku. Były to w zależności od miesiąca: mirabelki, zgniłe jabłka, śliwki węgierki a nawet małe dzikie gruszki. Miejsce do walki było z góry już zaplanowane. Zawsze był to teren neutralny i na tyle odległy od naszego miejsca zamieszkania aby nikt z dorosłych nie stał się niepotrzebnym świadkiem naszych porachunków. Tym razem wypadło na stare rozwalające się kamienice, które były przeznaczone do rozbiórki bo groziły zawaleniem. Idealne miejsce na starcie bitewne. Godzina naszej bitwy też nie była przypadkowa. Była to pora wieczornej emisji kultowego serialu brazylijskiego, który od niedawna gościł na ekranach telewizorów polskiej publiczności.
Była to telenowela pt.
" Niewolnica Isaura ". Nie bez przyczyny taką godzinę wybraliśmy. Powód był tylko jeden. Wszyscy, których nie chcielibyśmy spotkać w czasie naszych potyczek siedzieli jak zaczarowani przed telewizyjnym odbiornikiem. Przez 60 minut nikt i nic nie było w stanie ich od niego oderwać. To był czas idealny na nasze działania. Miejsce też było w dechę bo nawet gdyby jakiś śmiałek chciał nam przeszkodzić to na pewno 10 razy by się zastanowił czy wchodzić do zawalającej się kamienicy na której wisiały tablice ostrzegawcze o zagrożeniu zawalenia się budynku. My nie musieliśmy się bać bo to były nasze koszary. W końcu nadeszła godzina "W". Z chwilą gdy nasze osiedle, miasto, województwo i reszta kraju zasiadły z zapartym tchem przed telewizorami my zaczęliśmy skradać się w kierunku miejsca spotkania. Nie mieliśmy dalekiej drogi do przejścia bo kierując się na najwyższy budynek w mieście czyli 75 metrową Katedrę musieliśmy przejść dosłownie kilkadziesiąt metrów żeby znaleźć się na miejscu.
Idąc cały czas chyłkiem przyklejaliśmy się plecami do ścian budynków, które prowadziły nas wprost do naszej bitewnej kryjówki. Byliśmy cały czas czujni i skoncentrowani jakby ktoś miał nas cały czas śledzić. Weszliśmy w ciemny korytarz kamienicy. Musieliśmy chwilę poczekać aż nasze oczy oswoją się z ciemnością. W naszych nosach zawitał wilgotny i zimny zapach starych murów, które kryły pod oberwanymi tapetami i zdartymi tynkami niejedną historię. Te ściany pamiętały wysiedlanie z ich objęć ich pierwszych lokatorów, których ściśnięto potem w Gettach. Ich lokatorów, których po ostatnim trzaśnięciu drzwi już nigdy nie witały skrzypiącymi podłogami i połyskującymi w słońcu szybami swoich okien. Okien na których parapetach stały kolorowe doniczki z kwiatami. Okien, które wszystko widziały przez tyle lat. Okien, które były mimowolnymi świadkami wszystkich wydarzeń tego podwórka. Dzisiaj te okna oślepione swoją starością smutnie chyliły swoje okiennice w stronę podwórza, jakby chciały mimo swojej ślepoty choć trochę usłyszeć z tego co dzieje się w ich okolicy.
Odzyskaliśmy wzrok na dobre i bardzo ostrożnie zaczęliśmy się wspinać po spróchniałych schodach na piętro. Tam czekały na nas dziurawe podłogi przez które dostawało się światło do pomieszczeń na górze. Pokonując labirynt i walcząc z własnym lękiem przedostaliśmy się na otwarte balkony, który były tak dziurawe, że musieliśmy iść na czworakach żeby lepiej widzieć gdzie można postawić nogę. Rozlokowaliśmy się na całej ich szerokości w równych odstępach i zaczęliśmy obserwację. Czekaliśmy na mocne starcie. Chcieliśmy dać nauczkę tym cwaniakom z sąsiedniego osiedla żeby nas popamiętali i nigdy więcej z nami nie zadzierali. Oraz naszymi dziewczynami. Trzymaliśmy cały czas w rękach napięte proce wycelowane w kierunku ulicy i załadowane owocową amunicją, której zapas każdy miał przy sobie. Rolę magazynków pełniły kieszenie spodenek ale również same koszulki, które wpuszczone w spodenki miały tyle miejsca, że można było tam upchać zapas na całą bitwę bez potrzeby jej uzupełniania. Tylko jeden z nas miał zegarek. Zegarek to mało powiedziane to było arcydzieło.
Cud techniki tamtych lat. Ten zegarek nie potrafił tylko mówić. On wskazywał godzinę, mierzył czas w przód i w tył, świecił w nocy i na dodatek grał melodie. Właściciel zegarka szeptem powiedział, że zaraz minie godzina. Dłonie nas już bolały od naciągania procy. Daliśmy sobie sygnały, że czekamy do równej godziny. Włodziu (*) nastawił budzik na za 15 minut i czekaliśmy dalej. Czas się wlókł okrutnie. Cisza powlekała wszystko. Nawet trzeszczące deski w balkonach przestały stękać. Nogi zaczęły drętwieć od niewygodnej pozycji a ręce od podpierania się o podłogę zaczęły tracić czucie. W pewnej chwili jakby na umówiony sygnał, zegarek zaczął grać melodyjkę alarmu zaś z parterowych drzwi kamienicy wyszła starsza kobieta. Pewnie skończył się film. Ale pech! Usłyszała melodyjkę zegarka i spojrzała w naszą stronę. Zobaczyła naszą bandę, która w kuckach siedziała świecąc białymi oczami. Teraz już akcja potoczyła się jak w dobrym filmie akcji. Kobieta zaczęła krzyczeć na cały głos: -" ZŁODZIEJE!!! " na co my nie czekając ani chwili korzystając ze stojącego niżej trzepaka i blaszanych kubłów na śmieci zrobiliśmy profesjonalny desant z podwórza. Biegliśmy w stronę naszego osiedla gubiąc amunicję, która wysypywała się z naszych kieszeni i wypadała spod koszulek. Zziajani wbiegliśmy do naszej piwnicy i wszyscy razem krzyknęliśmy: -"SPENIALI!!!" co w wolnym tłumaczeniu znaczyło, że bitwa została przez nas wygrana przez walkowera. Nasz przeciwnik nie pojawił się na polu walki. Od tego dnia nasi tchórzliwi sparingpartnerzy chodzili kanałami a nasze koleżanki patrzyły na nas już trochę inaczej...
Idąc cały czas chyłkiem przyklejaliśmy się plecami do ścian budynków, które prowadziły nas wprost do naszej bitewnej kryjówki. Byliśmy cały czas czujni i skoncentrowani jakby ktoś miał nas cały czas śledzić. Weszliśmy w ciemny korytarz kamienicy. Musieliśmy chwilę poczekać aż nasze oczy oswoją się z ciemnością. W naszych nosach zawitał wilgotny i zimny zapach starych murów, które kryły pod oberwanymi tapetami i zdartymi tynkami niejedną historię. Te ściany pamiętały wysiedlanie z ich objęć ich pierwszych lokatorów, których ściśnięto potem w Gettach. Ich lokatorów, których po ostatnim trzaśnięciu drzwi już nigdy nie witały skrzypiącymi podłogami i połyskującymi w słońcu szybami swoich okien. Okien na których parapetach stały kolorowe doniczki z kwiatami. Okien, które wszystko widziały przez tyle lat. Okien, które były mimowolnymi świadkami wszystkich wydarzeń tego podwórka. Dzisiaj te okna oślepione swoją starością smutnie chyliły swoje okiennice w stronę podwórza, jakby chciały mimo swojej ślepoty choć trochę usłyszeć z tego co dzieje się w ich okolicy.
Odzyskaliśmy wzrok na dobre i bardzo ostrożnie zaczęliśmy się wspinać po spróchniałych schodach na piętro. Tam czekały na nas dziurawe podłogi przez które dostawało się światło do pomieszczeń na górze. Pokonując labirynt i walcząc z własnym lękiem przedostaliśmy się na otwarte balkony, który były tak dziurawe, że musieliśmy iść na czworakach żeby lepiej widzieć gdzie można postawić nogę. Rozlokowaliśmy się na całej ich szerokości w równych odstępach i zaczęliśmy obserwację. Czekaliśmy na mocne starcie. Chcieliśmy dać nauczkę tym cwaniakom z sąsiedniego osiedla żeby nas popamiętali i nigdy więcej z nami nie zadzierali. Oraz naszymi dziewczynami. Trzymaliśmy cały czas w rękach napięte proce wycelowane w kierunku ulicy i załadowane owocową amunicją, której zapas każdy miał przy sobie. Rolę magazynków pełniły kieszenie spodenek ale również same koszulki, które wpuszczone w spodenki miały tyle miejsca, że można było tam upchać zapas na całą bitwę bez potrzeby jej uzupełniania. Tylko jeden z nas miał zegarek. Zegarek to mało powiedziane to było arcydzieło.
Cud techniki tamtych lat. Ten zegarek nie potrafił tylko mówić. On wskazywał godzinę, mierzył czas w przód i w tył, świecił w nocy i na dodatek grał melodie. Właściciel zegarka szeptem powiedział, że zaraz minie godzina. Dłonie nas już bolały od naciągania procy. Daliśmy sobie sygnały, że czekamy do równej godziny. Włodziu (*) nastawił budzik na za 15 minut i czekaliśmy dalej. Czas się wlókł okrutnie. Cisza powlekała wszystko. Nawet trzeszczące deski w balkonach przestały stękać. Nogi zaczęły drętwieć od niewygodnej pozycji a ręce od podpierania się o podłogę zaczęły tracić czucie. W pewnej chwili jakby na umówiony sygnał, zegarek zaczął grać melodyjkę alarmu zaś z parterowych drzwi kamienicy wyszła starsza kobieta. Pewnie skończył się film. Ale pech! Usłyszała melodyjkę zegarka i spojrzała w naszą stronę. Zobaczyła naszą bandę, która w kuckach siedziała świecąc białymi oczami. Teraz już akcja potoczyła się jak w dobrym filmie akcji. Kobieta zaczęła krzyczeć na cały głos: -" ZŁODZIEJE!!! " na co my nie czekając ani chwili korzystając ze stojącego niżej trzepaka i blaszanych kubłów na śmieci zrobiliśmy profesjonalny desant z podwórza. Biegliśmy w stronę naszego osiedla gubiąc amunicję, która wysypywała się z naszych kieszeni i wypadała spod koszulek. Zziajani wbiegliśmy do naszej piwnicy i wszyscy razem krzyknęliśmy: -"SPENIALI!!!" co w wolnym tłumaczeniu znaczyło, że bitwa została przez nas wygrana przez walkowera. Nasz przeciwnik nie pojawił się na polu walki. Od tego dnia nasi tchórzliwi sparingpartnerzy chodzili kanałami a nasze koleżanki patrzyły na nas już trochę inaczej...
C.D.N.







Przeciez mielismy tez "baze" na 11tym �� (Marzena)
OdpowiedzUsuńDokładnie tak jak piszesz. O tej bazie będzie oddzielna czytanka. Dziękuję za odwiedziny.
Usuń