Dobrze się stało, że cwaniaczki stchórzyli bo po pierwsze my od tej pamiętnej chwili zostaliśmy bohaterami naszych osiedlowych koleżanek oraz młodszych kolegów, którzy z zazdrością podziwiali nasz arsenał dumnie eksponowany podczas osiedlowych przechadzek.
Każdy z nas mógł już oficjalnie jako zwycięzca w osiedlowej bitwie nosić bez "kitrania" pod koszulką swoją procę. Nosiliśmy je przeważnie włożone w tylną kieszonkę spodenek żeby nie przeszkadzała przy siadaniu na trzepaku. Po drugie poszła fama aż do 3 etapu osiedla 1000-lecia, że z nami się nie zadziera więc czuliśmy się niepokonani. A tak na marginesie odnieśliśmy zwycięstwo bez przelewu krwi, potu czy też wylanych łez. Nie ponieśliśmy również żadnych strat materialnych czy też ujmy na honorze w przeciwieństwie do "spenianych",którzy musieli chodzić kanałami.
MAPA 1 Etap 1000_lecia
Dla nas skończyło się już ściskanie na jednym osiedlu i przy jednej piaskownicy. Od teraz ruszamy na podbój północy. Będziemy poznawać nieodkryte jeszcze przez nas etapy największego osiedla w mieście. Zaczęliśmy nową przygodę w dalekim nieznanym świecie podwórek 1000-lecia. Nawet do głowy nam wtedy nie przychodziło, że już za niecałe 15 lat ruszymy wszyscy w swoją podróż. Podróż w dorosłe życie. Każdy w inną stronę. Dla większości z nas były to ostatnie lata wspólnych osiedlowych przygód. Przygód, które po latach z takim wzruszeniem będziemy wspominać. Do wyprawy w tę pierwsza podróż przygotowaliśmy się bardzo profesjonalnie bo na odprawie w piwnicznym klubie ustaliliśmy wspólnie co ze sobą zabieramy. Każdy miał wziąć ze sobą suchy prowiant i coś do picia. Ja ze sobą zabrałem skórzaną "listonoszkę", której używał w szkole mój tata. W środku oczywiście harcerska manierka z herbatą a w papierowej torebce kilka kanapek z twarogiem i pomidorem. Ale miałem coś jeszcze.
Miałem cały wagon czyli 10 sztuk gum "DONALD", które dostałem rano od babci. Nie wiem skąd ona je miała bo towar był mocno w tamtych czasach deficytowy. W miejscu spotkania czyli przy trzepaku zebrało się nas 15 osób gotowych do drogi. Każdy miał coś na ząb więc postanowiliśmy, że zjemy tutaj wszystko żeby było nam lżej iść. Gdy znikły nasze zapasy pomyślałem, że podzielę się gumami z resztą towarzyszy podróży. Wyjąłem z torby 8 gum, które po ceremonii rozpieczętowania oraz obejrzeniu historyjek połamaliśmy na połówki, żeby każdy dostał swoją część. Było nas 15 osób więc ja jako główny sponsor dostałem całą gumę a reszta uczciwie podzieliła się połówkami. Mlaskając i żując towar z pod lady udaliśmy się w świetnych nastrojach jak mali "Kolumbowie" na wyprawę odkrywczą. Naszą wycieczkę w nieznane rozpoczęliśmy od najbliższego nam osiedla, które zaczynało się na ul. Rynkowej a kończyło niewidzialną granicą, którą wytyczała ulica Jagiełły. Byliśmy wtedy dumni z tego, że mieszkamy na największym osiedlu miasta bo zajmującym ponad 15 ha powierzchni. Mieszkaliśmy wszyscy w takich samych mieszkaniach wybudowanych z wielkiej płyty i mieliśmy do dyspozycji ówcześnie najnowocześniejsze 10-cio piętrowe wieżowce, w których woziły nas bez wytchnienia 6-cio osobowe windy. To było coś! Ale było coś czego nie mieliśmy. Nie mieliśmy wiedzy jak jest na innych etapach. W tym dniu nasze wyobrażenie o "nieznanym" zmieniło na zawsze swoje dotychczasowe znaczenie.
Ruszyliśmy więc naszą grupą w kierunku pawilonu handlowego "MERKURY", który stał na granicy naszych osiedli. Był to sklep wielobranżowy który w swoim zakresie miał szeroko pojęty handel detaliczny towarami przemysłowymi. W środku można było zacerować pończochy, kupić dywan, naprawić zegarek, ubrać się w strój sportowy, sprawić sobie nowe opony do składaka "Wigry-4", zafundować sobie nowe firany i zasłony na okna, z metra uciąć materiał na nową garsonkę, a nawet umeblować mieszkanie.
Aha oczywiście nie można zapomnieć o najlepiej w mieście zaopatrzonym dziale szkolnym, na którego półkach wszystkimi kolorami tęczy kusiły wspaniałe piórniki, pachniały zapachowe gumki, zwisały papiery kolorowe a pod szklaną ladą czekały na zakup flamastry i kredki. Wszystko takie inne niż nasza rzeczywistość. To prawda...inne bo przeważająca większość tych rzeczy pochodziła z Chin, które zaopatrywały nasz kraj w tego typu "gadżety" ale i wiele innych w ramach wymian handlowych. Minęliśmy budynek sklepu prawą jego stroną i znaleźliśmy się na jego zapleczu. Nic ciekawego ponad to, że mogliśmy zobaczyć jak wygląda magazyn Merkurego od środka przez uchylone drzwi z powodu upału. Ale gdy wzrokiem sięgnęliśmy dalej naszym oczom ukazał się widok niespotykany i niebywały. Znajdował się tam duży plac, na którym było mnóstwo uliczek, alejek przecinających się ze sobą i tak gęsto utkanych, że aż zrobiło nam się duszno na sam ten widok. Przy każdym przecięciu się tych ścieżek pokrytych asfaltem były namalowane pasy jak przejścia dla pieszych wszędzie było mnóstwo znaków drogowych i krawężników. Po lewej stronie nawet była asfaltowa górka. Pobiegliśmy w tę stronę i zobaczyliśmy tablicę z napisem " Miasteczko rowerowe "// Dzisiejsze miasteczko rowerowe//. To było nie w porządku! "Jak tak mogło się stać, że my takiego fajnego miasteczka u siebie nie mamy?" Z żalem mówiły dziewczyny. "Może jeszcze nam wybudują?" - ze spokojem sobie to tłumaczyliśmy.
Ale czym dłużej spacerowaliśmy po rozgrzanym asfalcie tym coraz większej ochoty nabieraliśmy na to żeby pędem wracać do domu po rowery i natychmiast przetestować nowy obiekt. Zapomnieliśmy po chwili o naszych żalach z powodu braku miasteczka na naszym osiedlu i jak błyskawice pobiegliśmy po nasze rowery. Nowe odkrycie zaowocowało tym, że mieliśmy kolejną atrakcję do dyspozycji i tak w niewąskim wachlarzu zajęć osiedlowych. Po powrocie jeździliśmy po nowym terenie aż do zmierzchu...albo nawet dłużej :)
Każdy z nas mógł już oficjalnie jako zwycięzca w osiedlowej bitwie nosić bez "kitrania" pod koszulką swoją procę. Nosiliśmy je przeważnie włożone w tylną kieszonkę spodenek żeby nie przeszkadzała przy siadaniu na trzepaku. Po drugie poszła fama aż do 3 etapu osiedla 1000-lecia, że z nami się nie zadziera więc czuliśmy się niepokonani. A tak na marginesie odnieśliśmy zwycięstwo bez przelewu krwi, potu czy też wylanych łez. Nie ponieśliśmy również żadnych strat materialnych czy też ujmy na honorze w przeciwieństwie do "spenianych",którzy musieli chodzić kanałami.
MAPA 1 Etap 1000_lecia
Miałem cały wagon czyli 10 sztuk gum "DONALD", które dostałem rano od babci. Nie wiem skąd ona je miała bo towar był mocno w tamtych czasach deficytowy. W miejscu spotkania czyli przy trzepaku zebrało się nas 15 osób gotowych do drogi. Każdy miał coś na ząb więc postanowiliśmy, że zjemy tutaj wszystko żeby było nam lżej iść. Gdy znikły nasze zapasy pomyślałem, że podzielę się gumami z resztą towarzyszy podróży. Wyjąłem z torby 8 gum, które po ceremonii rozpieczętowania oraz obejrzeniu historyjek połamaliśmy na połówki, żeby każdy dostał swoją część. Było nas 15 osób więc ja jako główny sponsor dostałem całą gumę a reszta uczciwie podzieliła się połówkami. Mlaskając i żując towar z pod lady udaliśmy się w świetnych nastrojach jak mali "Kolumbowie" na wyprawę odkrywczą. Naszą wycieczkę w nieznane rozpoczęliśmy od najbliższego nam osiedla, które zaczynało się na ul. Rynkowej a kończyło niewidzialną granicą, którą wytyczała ulica Jagiełły. Byliśmy wtedy dumni z tego, że mieszkamy na największym osiedlu miasta bo zajmującym ponad 15 ha powierzchni. Mieszkaliśmy wszyscy w takich samych mieszkaniach wybudowanych z wielkiej płyty i mieliśmy do dyspozycji ówcześnie najnowocześniejsze 10-cio piętrowe wieżowce, w których woziły nas bez wytchnienia 6-cio osobowe windy. To było coś! Ale było coś czego nie mieliśmy. Nie mieliśmy wiedzy jak jest na innych etapach. W tym dniu nasze wyobrażenie o "nieznanym" zmieniło na zawsze swoje dotychczasowe znaczenie.
Aha oczywiście nie można zapomnieć o najlepiej w mieście zaopatrzonym dziale szkolnym, na którego półkach wszystkimi kolorami tęczy kusiły wspaniałe piórniki, pachniały zapachowe gumki, zwisały papiery kolorowe a pod szklaną ladą czekały na zakup flamastry i kredki. Wszystko takie inne niż nasza rzeczywistość. To prawda...inne bo przeważająca większość tych rzeczy pochodziła z Chin, które zaopatrywały nasz kraj w tego typu "gadżety" ale i wiele innych w ramach wymian handlowych. Minęliśmy budynek sklepu prawą jego stroną i znaleźliśmy się na jego zapleczu. Nic ciekawego ponad to, że mogliśmy zobaczyć jak wygląda magazyn Merkurego od środka przez uchylone drzwi z powodu upału. Ale gdy wzrokiem sięgnęliśmy dalej naszym oczom ukazał się widok niespotykany i niebywały. Znajdował się tam duży plac, na którym było mnóstwo uliczek, alejek przecinających się ze sobą i tak gęsto utkanych, że aż zrobiło nam się duszno na sam ten widok. Przy każdym przecięciu się tych ścieżek pokrytych asfaltem były namalowane pasy jak przejścia dla pieszych wszędzie było mnóstwo znaków drogowych i krawężników. Po lewej stronie nawet była asfaltowa górka. Pobiegliśmy w tę stronę i zobaczyliśmy tablicę z napisem " Miasteczko rowerowe "// Dzisiejsze miasteczko rowerowe//. To było nie w porządku! "Jak tak mogło się stać, że my takiego fajnego miasteczka u siebie nie mamy?" Z żalem mówiły dziewczyny. "Może jeszcze nam wybudują?" - ze spokojem sobie to tłumaczyliśmy.
Ale czym dłużej spacerowaliśmy po rozgrzanym asfalcie tym coraz większej ochoty nabieraliśmy na to żeby pędem wracać do domu po rowery i natychmiast przetestować nowy obiekt. Zapomnieliśmy po chwili o naszych żalach z powodu braku miasteczka na naszym osiedlu i jak błyskawice pobiegliśmy po nasze rowery. Nowe odkrycie zaowocowało tym, że mieliśmy kolejną atrakcję do dyspozycji i tak w niewąskim wachlarzu zajęć osiedlowych. Po powrocie jeździliśmy po nowym terenie aż do zmierzchu...albo nawet dłużej :)
C.D.N.



Nie wiedzialam ze az tak pieknie zrobili te miasteczko rowerowe �� (Marzena)
OdpowiedzUsuńNie widziałem go jeszcze na żywo ale na filmie również wygląda odlotowo.
Usuń