Moja lista blogów

czwartek, 1 marca 2018

Z miłości do motoryzacji...czyli jak to się zaczęło (Film cz.2)

Bardzo się cieszę, że na mojej drodze znalazł się Pan Dyrektor FSO. Bo gdyby nie on może nigdy bym nie zakochał się w samochodach, wyścigach i ogólnie motoryzacji a nasze cotygodniowe KWP  ( Kapslowe Wyścigi Pokoju ) nigdy nie byłyby nagrodzone nowiusieńkim plakatem nowoczesnego auta, które to z ceremonią wieszaliśmy na ścianach swoich pokoi. Była też inna korzyść z tej nowej znajomości. Otóż za wytyczanie trasy do gry odpowiedzialny był nasz nowy kumpel i "sponsor" nagród właśnie sam Pan Dyrektor. "Siódmak" stracił swoją pozycję lidera, przestał nosić głowę zadartą do góry i ogólnie stał się fajnym kolesiem. Pan Dyrektor również zmienił się w naszym odbiorze z dziwaka, który "liże" codziennie swoją jugosłowiankę na wielkiego znawcę i fana motoryzacji oraz człowieka kochającego samochody i chyba trochę nas. Bardzo długo był naszym guru i prawdziwym nauczycielem, który wiele nas nauczył w zaciszu swojego garażu. Pan Dyrektor zakładając swój poplamiony olejami i przybrudzony smarami granatowy fartuch zamieniał się w kapłana, który w swoim garażu dokonywał z wielkim namaszczeniem celebry. Garażu - Autoświątyni, gdzie dochodziło do mistycznych napraw i serwisowych rytuałów a zamiast zapachu kadzidła unosiła się sakralna woń paliwa ołowiowego i wszelakiej maści olei i smarów.

 Wielu z nas oczami wyobraźni siedząc za kółkiem jego białej "limuzyny" pędziło w siną dal. Wpatrzeni w powieszone na ścianach plakaty i samochodowe kalendarze zamykaliśmy oczy i wciskając pedał gazu w podłogę przenosiliśmy się na kręte wstążki górskich dróg, autostrady których końca nie mogliśmy dostrzec oraz długie piaszczyste plaże po których sunęliśmy bialutką Dacią zostawiając za sobą tylko tuman kurzu i smugę dymy z rury wydechowej. Dzięki tym wymyślonym wyprawom i wycieczkom, na które wybieraliśmy się w każdą sobotę w zaparkowanym w garażu samochodzie zaczęliśmy oprócz zabawy i frajdy dostrzegać swoje pasję i rozwijać własne motoryzacyjne zainteresowania. Czy mogło być lepiej? Otóż mogło. Którejś słonecznej soboty Pan Dyrektor otwierając drzwi od garażu powiedział do nas abyśmy nie wchodzili do środka. Powiedział to tak jakbyśmy czymś podpadli. Bardzo nas to zaniepokoiło tym bardziej, że nigdy wcześniej nasz Dyrektor tak się nie zachowywał.  Patrzyliśmy po sobie przez chwilę z szeroko otwartymi oczami i w pewnej chwili ocucił nas śliczny dźwięk uruchamianego silnika bialutkiej Dacii. Dostojnie i powoli zaczęła się wyłaniać z ciemnego garażu prosto na rozświetlone słońcem podwórko. Była piękna i lśniąca. Wiadoma rzecz przecież polerowana naszymi rękoma. Wyglądała jak Panna Młoda idąca w delikatnie zwiewnej sukni ślubnej. Gdy już cała znalazła się na podjeździe garaży Pan Dyrektor przez otwarte okno zawołał " Zamknijcie drzwi i wsiadajcie do samochodu". Nie mogliśmy ze szczęścia racjonalnie myśleć. Mimo, że było nas tylko pięciu małych i chudych młokosów to w jednej chwili zaczęło nas być o wiele za dużo. Jedni zamykali lewe drzwi gdy w tym samym czasie drudzy otwierali prawe. Kilku z nas wpakowało się już na tylną kanapę tylko po to aby zaraz wyjść na zewnątrz i pomagać nam zamykać i otwierać na zmianę drzwi od garażu. Zamieszanie było takie, że sam nasz mentor wyszedł na zewnątrz i z hukiem zatrzasnął obydwie strony na raz i usadził nas w samochodzie. Nie wiem jaką kierował się klasyfikacją ale ja znalazłem się z przodu koło niego a moi czterej kumple zasiedli grzecznie z tyłu jugosłowianki. Zapadła cisza i wszyscy czekaliśmy na jedno. Czekaliśmy na start!. Pan Dyrektor oznajmił nam, że zabiera nas na wycieczkę za miasto.
Ruszyliśmy jadąc całkiem powoli przez osiedlowe uliczki kierując się w stronę ruchliwego jak na tę porę dnia centrum miasta. Pootwieraliśmy wszystkie okna żeby móc wyglądać na drogę i machać do naszych znajomych na chodnikach, którzy z zazdrością
nam się przyglądali. Dyrektor jakby czytając w naszych myślach zwalniał celowo przy naszych znajomkach żeby oni mogli dokładnie nas oglądać i zazdrościć. My wykorzystując te momenty wypinaliśmy klaty do przodu i z dumą chudymi rękoma powoli i dostojnie machaliśmy do wymijanych kolesi jak jakieś Królowe angielskie.

Ale byliśmy dumni. Taka niespodzianka! Gdy już minęliśmy centrum miasta samochód płynnie skręcił w prawo i ruszył szybciej w kierunku Warszawy. Nasze blond fryzury zaczęły miarowo łopotać na wietrze a zęby nie przestawały się suszyć w pełnym sobotnim słońcu. Jechaliśmy trasą główną w kierunku stolicy jakieś kilkanaście kilometrów podziwiając nieznane nam miejsca. Patrzyliśmy z zazdrością na ludzi którzy wygrzewali się w promieniach słońca leżąc przy brzegu rzeki. Mijaliśmy stacje paliw i przydrożne małe motele. Dopiero teraz zrozumieliśmy jak bardzo małe jest nasze osiedle a o piaskownicy nawet nie wspomnę. To jest świat a my go właśnie teraz zdobywamy! Po długim czasie milczenia i podziwiania widoków przez otwarte okna w pewnym momencie nasz szofer odezwał się i powiedział, że ma dla nas niespodziankę. Skręcił w prawo z głównej drogi i jadąc kilkaset metrów zacienioną aleją dojechał do ogrodzenia z siatki. Zatrzymał się i wyszedł z auta wołając nas do siebie. Stał z tyłu pojazdu przed otwartym bagażnikiem, z którego wyjmował brązowe butelki z oranżadą. Gdy wszystkim wręczył bo butelce powiedział żebyśmy w ciszy szli za nim.


Szliśmy wzdłuż ogrodzenia mijając czerwoną tablicę z napisem "TEREN WOJSKOWY - Zakaz fotografowania ". Gdzie my przyjechaliśmy? Zerkaliśmy ciekawie przez siatkę ale nic tam nie było widać. Wszędzie tylko drzewa i gęste krzaki. Wyszliśmy na polanę niedaleko długiego rzędu strzelistych i wysokich jak wieżowce topoli. Mistrz kierownicy wskazał ręką w kierunku topoli i powiedział do nas abyśmy byli czujni. Byliśmy jak nigdy. Wpatrzeni w ścianę wysokich drzew aż do pierwszych łez płynących po policzkach ze zmęczenia oczu nawet nie próbowaliśmy zamrugać, żeby nie stracić tej ważnej chwili. Nikt z nas nie wiedział nawet jakiej chwili więc patrzyliśmy bez przerwy w jedno miejsce.


Byliśmy tak bardzo skupieni, że gdy nagle zza ściany drzew z głośnym rykiem wzbiły w niebo dwa odrzutowce cała nasza piątka upadła na trawę z przerażenia i chyba zaskoczenia. Szybciej byśmy się spodziewali dzika albo lisa a nawet niedźwiedzia ale nie odrzutowców. Ale przedstawienie. Srebrne ptaki wspinały się po niewidzialnej drabinie wyżej i wyżej zostawiając za sobą tylko ciemną smugę dymu. Patrzyliśmy na nie tak długo aż znikły nam z oczy w obłokach wysoko nad nami. Leżeliśmy tak jeszcze jakiś czas na trawie popijając oranżadę, która cudem nie została wylana. Ale byliśmy szczęśliwi i dumni z naszej dzisiejszej przygody. Nikt się nie odzywał aby nie przerwać tej chwili, która chcieliśmy aby trwała wiecznie. Jednak ta chwila nadeszła ale nawet później niż się spodziewaliśmy. Widocznie Dyrektor wiedział, że chcemy się nacieszyć tym miejscem i tym wszystkim co nas dzisiaj spotkało. Zupełnie bez słowa jakby nie chciał nas wybijać z tego cudownego transu skinął tylko głową do nas i zrozumieliśmy, że już czas na powrót. Ta przygoda tak mocno utkwiła w mojej pamięci, że do dzisiaj jak ją wspominam to czuję łzę na policzku...na pewno od słońca....

C.D.N.

2 komentarze:

  1. Nie wiedzialam ze z niego taki fajny facet �� (Marzena)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla wszystkich był zaskoczeniem...ale bardzo miłym.

      Usuń